<?xml version='1.0' encoding='utf-8' ?>
<!--  If you are running a bot please visit this policy page outlining rules you must respect. http://www.livejournal.com/bots/  -->
<rss version='2.0' xmlns:lj='http://www.livejournal.org/rss/lj/1.0/'>
<channel>
  <title>Milion idiotów nie może się mylić</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/</link>
  <description>Milion idiotów nie może się mylić - LiveJournal.com</description>
  <lastBuildDate>Wed, 08 Oct 2008 18:10:42 GMT</lastBuildDate>
  <generator>LiveJournal / LiveJournal.com</generator>
  <lj:journal>akseiya</lj:journal>
  <lj:journaltype>personal</lj:journaltype>
  <image>
    <url>http://p-userpic.livejournal.com/42241997/6246691</url>
    <title>Milion idiotów nie może się mylić</title>
    <link>http://akseiya.livejournal.com/</link>
    <width>93</width>
    <height>100</height>
  </image>

<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/24296.html</guid>
  <pubDate>Wed, 08 Oct 2008 18:10:42 GMT</pubDate>
  <title>Szkotyś: Zryte brytolskie łby.</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/24296.html</link>
  <description>&lt;span style=&quot;font-size: small;&quot;&gt;Zachęcony tekstami na Wiki, wyciągnąłem siostrę z facetem na fotograficzną wizytę w Rosslyn Chapel. Roslin to miejsce rozsławione po świecie całem przez pana Dana Browna bajkami na temat w/w kaplicy, kt&amp;oacute;re zamieścił w swoim przekładzie książki Baigenta, Leigha i Lincolna z jęz. angielskiego na język przeciętnego konsumenta popkultury. Konkretnie bełkoczę tu o &amp;quot;Da Vinci Code&amp;quot;, kt&amp;oacute;rego to plagiatu finał fabularny rozgrywa się właśnie w Kaplicy Rosslyn (&amp;quot;A następnym razem pojedziemy do Kaplicy Wieząt&amp;quot;). &lt;br /&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;Szczęśliwie nawet bez og&amp;oacute;lnodostępnych grob&amp;oacute;w templariuszy tudzież bez Graala, kaplica jest zabytkiem nieprzeciętnym. Nie powiem, że unikalnym; nie po przyjrzeniu się zdjęciom niekt&amp;oacute;rych gotyckich katedr. Ale na pewno nieprzeciętnym.&lt;br /&gt;Nieszczęśliwie przyszło jej stanąć na ziemi brytyjskiej (konkretnie szkockiej, pod Edynburgiem).&lt;br /&gt;Po raz pierwszy owo nieszczęście przybrało postać pana Cromwella, kt&amp;oacute;ry - po zaprezentowaniu miejscowym earlom wyższości armii profesjonalnej nad pospolitym ruszeniem - w zamku &apos;zorganizował&apos; baraki, a w kaplicy stajnię. Z zamku wiele nie zostało. Kaplica przeszła jedynie lekką dekatolicyzację poprzez usunięcie wszelkich symboli papizmu i bałwochwalstwa. Absolutnie nic poważnego, żadnego r&amp;oacute;wnania z ziemią, palenia i orania. Purytańscy talibowie wytłukli tylko wszystkie witraże i &apos;zagospodarowali&apos; wyposażenie wnętrza. Ściany i podłogi zostawili, ba, nawet malowidła i napisy na grobowcach! Cieniasy. Jest podejrzenie, że rzeźby świętych z nisz na kolumnach wyjęto przed wejściem dziczy i wyniesiono w bezpieczne miejsce, bo nigdzie w okolicach kaplicy nie znaleziono ich odłamk&amp;oacute;w. O dziwo, protestanckiej reformie (reformacji :P) nie został poddany gł&amp;oacute;wny pow&amp;oacute;d mojej wizyty, dodatek, kt&amp;oacute;ry zajął rzemieślnikom-artystom 40 lat (całą wielką katedrę w Salisbury zbudowano w 38) - rzeźby i płaskorzeźby gęsto pokrywające ściany, sklepienia, kolumny, łuki... generalnie każdy skrawek kamiennej powierzchni innej niż podłoga. W tym ponad 110 wyrazistych i wymownych wizerunk&amp;oacute;w Zielonego Luda. I cała masa zagadek, na czele z &amp;quot;kostkami dźwiękowymi&amp;quot;, kt&amp;oacute;re pewien pasjonat odczytał jako temat muzyczny, czy &amp;quot;kolumną ucznia&amp;quot;, do kt&amp;oacute;rej powstały trzy r&amp;oacute;żne legendy.&lt;br /&gt;Z upływem stuleci kreatywność i inwencja w traktowaniu swoich najciekawszych zabytk&amp;oacute;w bynajmniej nie wyszła w UK z mody. Aczkolwiek zmieniło się jej źr&amp;oacute;dło - z nienawiści społeczno-polityczno-religijnej na czystą, żywą głupotę.&lt;br /&gt;Największym zaskoczeniem we wnętrzu jest jego kolor. Szary. Jednolicie. Wszystkie bogato rzeźbione kamienne powierzchnie są szare i chropowate. Bo w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku kaplica została &apos;odnowiona&apos; przez przetarcie drucianą szczotą i pomalowanie cementem. Na szczęście specom od odnawiania nie udało się całkowicie zniszczyć czy zamalować detali.&lt;br /&gt;Gdy zrobić zdjęcie cyfr&amp;oacute;wką, pokazują się, owszem, kolory - ż&amp;oacute;łtopomarańczowy na łukach i ścianach, zielony na sklepieniu (kt&amp;oacute;rego każdy segment jest udekorowany innym motywem). Wiktoriańskie witraże robią swoje. Niestety, nieczęsto ma się okazję zrobić tych zdjęć więcej niż jedno, bo fotografowanie wewnątrz jest od stycznia br. zabronione pod karą kickbana. Podobno w roku zeszłym rzekomo pewna turystka, jakoby w czasie &apos;zdejmowania&apos; sklepienia, potknęła się i skręciła kostkę czy tam złamała nogę (przykro mi, ale angielszczyznę szkocką rozumiem cokolwiek niedoskonale), a przynajmniej tak m&amp;oacute;wią. Po czym pozwała zarządc&amp;oacute;w zabytku o odszkodowanie za własną niezdarność. W efekcie Safety Executive (nie wiem, czy hrabstwa, czy firmy) zabronił fotografowania w og&amp;oacute;le, choć na bezpieczeństwo niewiele to pomogło, bo przy schodzeniu do Dolnej Kaplicy wystarczy chwila nieuwagi.&lt;br /&gt;Pani cieć (mam jakiś taki podświadomy op&amp;oacute;r przed nazywaniem jej przewodniczką), podczas kolejnej rundy wykładu o historii kaplicy (robi je regularnie co godzinę) najpierw zagroziła fotografującemu turyście wyrzuceniem, potem opowiedziała historię o złamanej nodze, nadmieniła, że celem zakazu absolutnie nie jest dodatkowy zarobek na turystach, ale oczywiście w Gift Shop&apos;ie można zanabyć drogą kupna-sprzedaży płytę CD zawierającą 70 zdjęć kaplicy za jedyne &amp;pound;4.50.&lt;br /&gt;Gdyby nie ślepota, czy raczej nieuwaga, przez kt&amp;oacute;rą nie wychwyciłem przy kasie znaku &amp;quot;no photos&amp;quot;, żądałbym zwrotu &amp;pound;7 za bilet, kt&amp;oacute;ry kupiłem przede wszystkim po to, żeby kaplicę dokładnie z zewnątrz i od wewnątrz obfotografować. W sensie: gdybym był nieco bardziej obecny i z g&amp;oacute;ry wiedział, że sobie z Canonkiem nie pobrykam, prawdopodobnie fundusze na dojazd i wizytę poszłyby na coś innego.&lt;br /&gt;A o ile wewnątrz fotografować nie wolno, o tyle z zewnątrz... ehem. Gdybyśmy (ja, siostra i jej facet) wcześniej obejrzeli zdjęcia wioski i kaplicy na Google Earth, być może uniknęlibyśmy srogiego zawodu.&lt;br /&gt;Na Wikipedii i na wszelkich fotografiach promocyjnych kaplica wygląda normalnie, jak to zwykle wygląda niedokończona gotycka kolegiata. Ładnie, strzeliście, jeżowato. Skarpy, sterczyny, maswerki.&lt;br /&gt;Widziana aktualnie z orbity, kaplica prezentuje się jako biała kostka. Co nieco zaskakuje, bo gotycki dizajn kościoł&amp;oacute;w czego jak czego, ale lśniących białych kostek nie przewiduje, przynajmniej w roli gł&amp;oacute;wnej bryły. Widok ten jest efektem dalszej blaskomiotnej działalności konserwator&amp;oacute;w, kt&amp;oacute;rzy - po zamalowaniu miejscowego pomarańczowo-czerwonawego piaskowca na szaro - zmartwili się atakującym kaplicę grzybem i postanowili ją przykryć metalową wiatą. Oczywiście, jeśli do wyspiarskich budowlańc&amp;oacute;w przez niezliczone lata nie dotarło, że wilgoć w ściany idzie z ziemi (po dziś dzień nie rozumieją fundament&amp;oacute;w, ale za to mają 5 r&amp;oacute;żnych określeń na r&amp;oacute;żne odmiany wilgoci w domu), to nie dziwne, że rozwiązali problem tak a nie inaczej. Pod wiatą licznie gromadzą się gołębie, entuzjastycznie obsrywując co popadnie. Wilgoć w ściany jak szła, tak idzie.&lt;br /&gt;Oczywiście, takiemu obrotowi sprawy brakuje niejakiej całkowitości, więc po światowym sukcesie Dana Browna dokonano coup de grace.&lt;br /&gt;Wok&amp;oacute;ł budynku, na poziomie gzyms&amp;oacute;w, biegnie galeryjka, dzięki kt&amp;oacute;rej &amp;quot;można podziwiać detale architektoniczne z perspektywy wcześniej dostępnej tylko średniowiecznym budowniczym&amp;quot;. Dzięki konstrukcji galeryjki wchodząc z baraku z kasą na podw&amp;oacute;rze można mieć poważne wątpliwości czy aby na pewno jest się we właściwym miejscu, bo widok przywodzi na myśl skrzyżowanie parowego młyna z upadłym kosmodromem. Rury-wsporniki galeryjek są przy ziemi stabilizowane metrowej wysokości stosami blok&amp;oacute;w betonu, bardzo strategicznie ulokowanymi (np. dokładnie w gł&amp;oacute;wnym wejściu, częściowo je zagradzając i całkowicie mordując estetykę portyku).&lt;br /&gt;Zryte brytolskie łby. I chciwe. Wizyta w Westminster Abbey to &amp;pound;12. I też no photos. Zrezygnowałem przy wejściu.&lt;br /&gt;Mam wielką nadzieję, że podobne porażki nie czekają mnie w grudniu, bo zostanę emo or somfink. Francuzi anglopodobnym poziomem mądrości wykazali się chyba tylko podczas Rewolucji, więc może źle nie będzie.&lt;/span&gt;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/24296.html</comments>
  <category>rosslyn chapel</category>
  <lj:music>The Pirates of Penzance</lj:music>
  <lj:mood>sleepy</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/24050.html</guid>
  <pubDate>Wed, 13 Aug 2008 18:14:22 GMT</pubDate>
  <title>Gruzja</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/24050.html</link>
  <description>&lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;A to się zakotłowało.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;&lt;/font&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;Uj, konkretnie.&quot;&gt;&lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;&lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Mój podstawowy znak zapytania to komentarze na Kremlu. Z jednej strony można by się łudzić, że rozmiar paniki wśród byłych satelitów przerósł szacunki. Trudno o wyraźniejszy sygnał do pospiesznego zacieśniania współpracy, wzmacniania układów, tworzenia faktycznych sojuszy, zwłaszcza militarnych i energetycznych. Z drugiej strony, perfekcyjna reżyseria wydarzenia jest przerażająca i sieje zwątpienie. Na wiosnę car zapowiedział zachodowi odpłatę za Kosowo. I zrobił to jak w szwajcarskim zegarku, akcja w najlepszym stylu legendy KGB. Systematyczny ostrzał rakietowy (faktycznie z osiedli mieszkalnych w Cchinwali, odpowiedzieć na to ogniem z definicji oznaczało ostrzelanie budynków cywilnych), oskarżenia o ludobójstwo (ludy kaukaskie nigdy się we wzajemnym wyrzynaniu nie opieprzału w tańcu, ale mam poważnie wątpliwości, informacje szły z agencji kremlowskich) - narzędzia subtelne jak pałka; ale fakt, że udało się Gruzinów sprowokować do konkretnej akcji w dniu otwarcia olimpiady to wisienka na torcie dla Rosjan i wiadro zimnej wody dla reszty - po informacji Czeczeńców o planowanej inwazji Rosjan gruzińskie władze musiały wpaść w panikę, a gdy Rosjanie faktycznie zaczęli odbudowywać kluczową dla takiej inwazji linię kolejową, Saakaszwili wytrzymał jeszcze dwa tygodnie i pękł. &lt;/font&gt; &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Jasny, czytelny sygnał dla świata, a zwłaszcza dla zapadających się coraz głębiej we własnej głupocie USA. Stuprocentowa impotencja NATO, oczywista hipokryzja i brak jednej opinii w Europie - jedno i drugie wyszło w tej miniwojnie na wierzch jak oliwa spod wody. Rosja mówi: wracamy jako siła. Tępa, prymitywna, brutalna siła chana z wiązką głów u siodła, ale zawsze siła.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Najwspanialszym artykulatorem stanowiska Europy okazał się pan Sarkozy, który pojechał nie do Gruzji, a do Moskwy, rozmawiał nie z Saakaszwilim a z Putinem (nawet jeśli za telefon robił Miedwiediew), po czym pokiwał mądrze głową i uznał zbrojny najazd na niepodległe państwo za całkowicie usprawiedliwioną akcję w obronie interesów własnych obywateli na terenie owegoż niepodległego państwa. Brawo, Sarkozy. Przywiozłeś nam pokój. Nie musimy umierać za Gori.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Teraz czekam na jakąś oficjalną wypowiedź pani Merkel, choć nie jest ona w istocie potrzebna. Najważniejszym, najmocniejszym i najczytelniejszym komunikatem Niemiec w temacie rosyjskich prób powrotu do roli euroazjatyckiego hegemona tudzież w temacie obaw jej niedawnych satelitów jest i nadal będzie rurociąg bałtycki.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Ma to swoją symbolikę, bo przecież krew w Gruzji też leje się o rurę. &quot;Czym różni się agresja Rosji na Gruzję od agresji USA na Irak?&quot; - pyta forumowicz. Odpowiedzi są dwie, obie chyba u sedna sprawy: &quot;Zasadnicza. USA w Iraku chcą kontroli nad wydobyciem ropy, Rosja w Gruzji - nad jej transportem&quot;; &quot;Irak jest nadal jednym państwem, a Amerykanie łaskawie dzielą się ropą z Irakijczykami; Gruzja straci Abchazję i Osetię, a zyski z ropy Rosja zagarnie w całości&quot;.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;I to jest powód dla którego Kaukaz południowy nadal będzie płonąć, dopóki Gruzja przez wejście do NATO nie zostanie oficjalnie pasowana na wasala Wujka Sama. Przez terytorium niepodległej Gruzji biegnie rurociąg z Azerbejdżanu, który - dopóki Gruzją rządzi wariat Saakaszwili - Kremlowi się nie dostanie. Dla Gruzinów to dodatkowo jedyna szansa, żeby wśród satelitów USA nie przyjąć roli takiej jak Polska (klęk pełny, wzrok pokorny, język na mosznie Pana). Już teraz mają coś, czego Jankesi bardzo u nich pragną, nie muszą tego od nich na upokarzających warunkach brać. Jeśli w wyniku drugiej wojny w Osetii stracą rurę, to mają pozamiatane. Oczywiście, odnieśli właśnie fantastyczny sukces propagandowo-dyplomatyczny, jako mały, dzielny kraj, nieustraszenie stawiający opór Rosjanom. Mogą go, w przeciwieństwie do jeszcze większego sukcesu Polski z czasów przewrotu, nie zmarnotrawić i zapewne tego nie zrobią.&lt;/font&gt; Pytanie jeszcze, gdzie się zatrzymają rosyjskie czołgi.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Bodajże najciekawszym echem salw na Kaukazie byłaby wschodnia odpowiedź na A Club Of The Few. Nic tak nie pomaga na utarczki i nieporozumienia jak solidny bat nad kuprem. &lt;/font&gt; &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Już się boję, jak potworną kakofonię wzniecą drobiowi propagandyści u nas w kraju. Nie sposób nie zauważyć, że ograniczenie najazdu przez Rosjan składa się w czasie Z Misją Pięciu Wspaniałych (czy tam czterech) - a przecież na przyjazd Sarkoza Miedwiediew nie musiałby nawet stękać z ubolewaniem. &quot;W Osetii nasze liudi. U nas ropa tanio. U nas gaz tanio. Rura z Herr Schroeder budujemy. Gruzja nie Jewropa. Osetia nie Gruzja. Kosowo nie Serbia. A nie, kurwa&quot;. I już.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Ale zatrzymując główną ofensywę (przynajmniej na gębę) Ruskie uwolnili mnie od znacznie poważniejszego stracha. Że może stałoby się tak, że faktycznie Specnaz, e, przepraszam, abchaskie i osetyjskie siły zbrojne (z punktu widzenia prawa międzynarodowego - separatystyczne bojówki, zasadniczo terroryści), wkroczyłby do Tbilisi, zgarnąć Saakaszwila za rzekome ludobójstwo. I w tym zamieszaniu ktoś by przypadkiem odstrzelił mlaskacza, natychmiast awansując go z kalekiego idioty na bohatera. Brrr.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Są też smaczki. Wyraziste ślady paluszków bogini Perfidii. Osetyńcy Gruzinów nie lubili chyba nigdy, a już przynajmniej od czasu rozpadu Republiki Zakaukaskiej (a tak naprawdę to zapewne od samego początku osetyjskiej obecności na Kaukazie południowym, bo podobnież sprowadzali ich gruzińscy posiadacze ziemscy na dzierżawę). Z Abchazami to samo. Czuć posmaczek ironii w tym, że stereotypowy dla ludów wschodnich plemienny szowinizm bynajmniej nie po raz pierwszy obraca się przeciwko nim. O ile mianem prezydenta (heh) niepodległej (he, he) republiki Osetyjskiej określa się pan Kojkoty, o tyle cała istotna władza samozwańczych republik w Gruzji spoczywa w rękach takich panów jak Anatolij Zajcew czy Siergiej Szamba.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Chichot historii to chyba najpaskudniejszy dźwięk, jaki człowiek może w ciągu swojego życia usłyszeć. &lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Południowa Osetia już raz się od Gruzji oderwała. Również z pomocą Rosji, wówczas radzieckiej. Na krótko. Korzystając z osłabienia Gruzji przez osetyjskich separatystów, sowieci zajęli oba państwa, przyznając Południowej Osetii autonomię w ramach Gruzińskiej SRR, zamiast obiecanego statusu odrębnej republiki lub połączenia z Osetią Północną. oczywiście, za osetyjski wkład w utratę własnej niepodległości Gruzini wdzięczni byli niepomiernie, zaś władze radzieckie żywo zabrały się za zasiedlanie Gruzinami terenów, do których poczuwali się Abchazi i Osetyńcy...&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt; &lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;&lt;/font&gt;&lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;Matko Buzka. Tusk: &quot;Potwierdzam dobre sygnały w sprawie tarczy&quot;. Czy on naprawdę wierzy, że jeśli Kremlowi odwali do końca, to Hamerykanie przylecą nas przed nimi bronić?&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;&lt;font size=&quot;2&quot; face=&quot;Arial&quot;&gt;&lt;br /&gt;&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/24050.html</comments>
  <category>gruzja</category>
  <lj:music>Black Sabbath &quot;A National Acrobat&quot;</lj:music>
  <lj:mood>angry</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/23614.html</guid>
  <pubDate>Fri, 08 Aug 2008 22:03:59 GMT</pubDate>
  <title>We are ready! 8/8/8</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/23614.html</link>
  <description>&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;Kolejne syczenie na Pekin&quot;&gt;Nijak nie mogę się zdecydować, co mnie najbardziej odrzuca od imprezy zwanej uparcie igrzyskami olimpijskimi. Podejrzewam, że całokształt. Od ogólnych właściwości po drobne, niepokojące detale. Niektóre z nich są niepokojące w sposób szczególny.&lt;br /&gt; Hymnem iwentu jest piosenka pt. &quot;We are ready!&quot;. Pasuje idealnie. Jakby nie patrzył, w temacie podjęcia rywalizacji o pozycję światowego mocarstwa, Chiny mogą to zawołanie wyśpiewać pełną piersią. Dżordżyk, dla którego nie dość zachodnie i nie dość demokratyczne metody sprawowania władzy przez talibów były wystarczającym pretekstem do wywołania dwóch wojen, jedzie grzecznie do Pekinu na ceremonię otwarcia, bo przecież nieobecność &quot;byłaby afrontem wobec Chin&quot;. Właściwie każdy z co znaczniejszych przywódców wybierających się na Wielki Hołd usiłuje mrugać porozumiewawczo do elektoratu: wicie rozumicie, ten syf cuchnie jak skurwy-syn*, ale jak nie będziemy grzeczni to nam obetną limity handlu. Skojarzenia z rokiem 1936 - dość mocne. Chińskim dysydentom dla odmiany kojarzy się z dawniejszą historią, gdy jednym z obowiązków przywódców państw podporządkowanych chińskim cesarzom było przybywanie do stolicy na określone okazje i bicie czołem w podłogę.&lt;br /&gt; Hasłem, sloganem, czy &quot;zawołaniem&quot; iwentu jest &quot;jeden świat, jedno marzenie&quot;. Nie jestem pewien, czy w ogóle chce mi się przypominać inne zawołanie, bardzo podobne w formie i ponownie przywołujące rok &apos;36, tudzież &apos;39 i kilka innych lat czy innych haseł. Ogólnie pojęta idea uniwersalizmu wydaje się nieśmiertelna. A szkoda.&lt;br /&gt; Są jednak bardzo istotne różnice między rokiem 2008 a 1936, o których warto pamiętać.&lt;br /&gt; Pod wpływem międzynarodowych protestów i zapowiedzi bojkotu władze Berlina złożyły oficjalne gwarancje przeprowadzenia igrzysk w myśl zasad olimpijskich, zaś władze Rzeszy - uwaga - równie oficjalne obietnice złagodzenia polityki rasistowskiej. Owszem, picu-picu mój dziedzicu, ale chcąc jakoś te obietnice uwiarygodnić, Niemcy zadbały o obecność osób pochodzenia żydowskiego w swojej reprezentacji i na czele komitetu organizacyjnego. Gest propagandowy pusty i fałszywy, ale pokazujący politykę liczenia się z opinią zewnętrzną. Konkretna podstawa dla wszystkich zamieszanych, by całkiem mocno się łudzić, że organizacja olimpiady w III Rzeszy może ją troszkę uczłowieczyć.&lt;br /&gt; Ciekawa jest też różnica w reakcjach władz na zdarzenia nie pasujące do ich linii. Gdy w Berlinie triumfował James Owens - czarny untermensch, któremu konkurenci z rasy nadludzi mogli co najwyżej wiązać adidasy** - Dolfio nie przyszedł na trybunę, bo nie chciał uścisnąć czarnej dłoni. Pozwolę sobie powtórzyć: der Führer, który już dwa lata później rzucił Francję i Brytanię na kolana***, nie przyszedł na arenę jednego z najważniejszych PR-owych wydarzeń w historii jego Rzeszy.&lt;br /&gt; Porównany z władzami dzisiejszych Chin wydaje się skromny i pokorny - choć mam też chęć poszperania za informacjami takimi jak reakcje niemieckiej publiczności na Owensa tudzież ewentualne konsekwencje nadmiernego entuzjazmu.&lt;br /&gt; Oczywiście, Hitler miał zupełnie inne pole manewru. W roku 1936 proporcja między gospodarczą a ideową stroną sportu była w porównaniu z obecną odwrotna. Albo nawet i nie to, bo w sporcie ówczesnym znaczenie pieniądza było już istotne, podczas gdy znaczenie idei w sporcie współczesnym zazwyczaj mi umyka. Dostrzegam je głównie na igrzyskach zimowych, gdy startują bobsleiści z Jamajki.&lt;br /&gt; Pierdolenie, że impreza może poprawić sytuację w Chinach, u jednych wywołuje wybuchy wesołości, u innych, jak u mnie, kolejne fale mizantropii. U polityków, niestety, musi wywoływać mądre kiwanie głowami - choć zapewne oni sami nie odczuwają tego jako &quot;niestety&quot;. U sportowców wywołuje entuzjazm. Patrzę na zdjęcia ze sztafety ze zniczem. Biały łysol w ścisłym i szczelnym kordonie skośnych zbirów trzyma na paszczy uśmiech nr 5, jakby kompletnie do niego nie docierało, że biegnąc przez dajmy na to Paryż, z pierdolonym zniczem olimpiskim, potrzebuje, kurwa, ochrony. Ful profeska, ziro fakap, jak to się mawiało w call center za czasów telemarketerskich. Oczywiście, w 1936 znicz ochrony nie potrzebował, a jeśli już, to co najwyżej przed nadmiernym entuzjazmem publiki.&lt;br /&gt; Gdy sportowcy wchodzili na stadion, reprezentacja Perfidnego Albionu nie oddała będącego wówczas olimpijskim standardem salutu rzymskiego, bo niedawno ów starożytny gest zaadaptowali również naziści i można się było spodziewać dość kłopotliwej interpretacji. W dzisiejszych oświeconych czasach na takie ekscesy miejsca raczej już nie ma.&lt;br /&gt; Propaganda jako taka w 1936 też była trochę inna. To były czasy pionierskie, gdy specjaliści Göbbelsa kładli podwaliny współczesnego wielkiego showbusinessu, a w ZSRR dzieci czytały bajki o Leninie i kocie albo o Leninie kochającym dzieci. Działali wtedy prawdziwi geniusze, zdolni narzucić Niemcom 60-godzinny tydzień pracy a Ludziom Radzieckim 600% normy. Ein Volk naprawdę wierzył w swojego wodza i w większości gotów był skoczyć za nim w ogień. Niezłym skrótem tej propagandy i wskaźnikiem jej poziomu jest olimpijska &quot;kronika&quot; Leni Riefenstahl. Najlepszym skrótem oficjalnej propagandy wokół imprezy w Pekinie są jej maskotki, należące do kategorii bytów samokomentujących, jak programy w Cobolu lub koń, któren jaki jest, każdy widzi. Na tle ochrony sztafety ze zniczem. Może to dlatego, że trochę inny jest klimat Chin i mentalność Chińczyków.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Że olimpiadę sprostytuowano już sto razy? Oczywiście. Ale w jakim stylu (patrz poprzedni wpis ze szczekaniem na Pekin i wzmianką o Neronie).&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Stalowy Königstiger i plastykowy T-shirt. Fakt, że jedno i drugie to narzędzia podboju świata, ma w sobie coś przerażającego. Fakt, że czołg ma niewątpliwie znacznie więcej klasy a za to mniej skuteczności, jest przede wszystkim smutny; aż chce się wyć.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Mój współlokator złożył wczoraj zamówienie u chińskiego producenta elektroniki. Na&amp;nbsp; śliczną komórkę w zegarku ($60) i odtwarzacz MP3 w okularach przeciwsłonecznych (też jakieś grosze; można też np. zamawiać odtwarzacze MP3 czy telefon w małym wisiorku albo palmtopa z mobilką za $110). Andrzej robi to z wyboru. Uważa, że tryb życia ludzi, którzy te gadżety wyprodukowali, nie jest jego zmartwieniem, poza tym pewnie lepiej im w przemyśle rodem z &quot;Ziemi obiecanej&quot;, niż we wiosce rodem z epoki kamiennej, wśród głodu i chłodu. Oczywiście, wypływające z tego samego źródła problemy na zachodnich rynkach pracy jego problemem już są.&lt;br /&gt; I tu jest ode mnie lepszy. Aktywnie wykorzystuje sytuację. Mój dysk zewnętrzny i kieszeń USB są równie chińskie jak zegarek-komórka i pingle z empetrójką. Tylko, że ja zwiedziłem kilka różnych sklepów, w naiwnej nadziei, że trafię gdzieś na potrzebny produkt z notką inną niż &quot;Made in China&quot;, czy jakże sprytne &quot;Made in PRC&quot;.&amp;nbsp; I gówno, choć ceny były zdecydowanie zachodnie, z pełną kwotą logo charge za napis &quot;Verbatim&quot;. Fakt, że sprzęt fotograficzny udało mi się dostać &quot;Made in Japan&quot; (OK, tulipana i jeden filtr mam z Filipin), uważam za uśmiech niebios. I to szukanie jest na swój sposób żałosne. Jest przecież normą, że w jednej wiosce składa się jedną i tę samą serię napędów optycznych, przy czym na końcu, w zależności od zamawiającego, umieszcza się odpowiednią naklejkę. Może być &quot;LiteOn&quot;, może być &quot;Sony&quot;. To czemu nie nakleić &quot;Canon&quot; i &quot;Made in Japan&quot;?&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Zauważyłem, że sporo ludzi obruszających się na redyk antychiński, również w kontekście imprezy, powołuje się na ogromne różnice między kulturą zachodnią a kulturą państwa środka. Fakt, że olimpiady są dzieckiem kultury zachodniej i żadnej innej, w najmniejszym stopniu nie wydaje im się przeszkadzać. Niektórym zdarza się na chwilę popuścić wodzy i wtedy z ich wypowiedzi wynika bardzo jasny obraz: wielkiej pięści potrząsanej przed moim nosem.&lt;br /&gt; ______________________________&lt;br /&gt; *) myślnik przypomina, że ten uniwersalny epitet, użyty jako połowa paraboli, ma akcent na ostatniej sylabie&lt;br /&gt; **) dosłownie: firma, w której butach biegał, aktualnie używa marki Adidas&lt;br /&gt; ***) &quot;Przywożę wam pokój&quot;, Neville Chamberlain</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/23614.html</comments>
  <category>beijing 2008</category>
  <lj:music>&quot;Hate me!&quot;</lj:music>
  <lj:mood>angry</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/23464.html</guid>
  <pubDate>Tue, 17 Jun 2008 18:31:19 GMT</pubDate>
  <title>Ajryś #25: Ryanair, Lizbona i skundlony patriotyzm</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/23464.html</link>
  <description>&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Ach, te luksusy na międzynarodowym lotnisku! Oddycha się kiepsko, bo na poczekalni są pasażerowie na dwa loty, a wentylacji brak. A przynajmniej nie jest odczuwalna. Za to bardzo dobrze odczuwalna jest temperatura, chyba ponad 30 stopni. Złom z harfą na ogonie miał po nas przylecieć prawie pół godziny temu, ale większość słabnących z wolna ludzi nie wie nawet, że godzinę temu obsługa wiedziała o spóżnieniu co najmniej 45-minutowym.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Miejsc siedzących w stosunku ilości do skierowanych na poczekalnię klientów jest jakieś 60%. Reszta zalega pod ścianami lub stoi. Co najmniej od półtorej godziny. Lot w puszce na sardynki potrwa 2.5 godziny. Jak na Tanie Linie Lotnicze, byłby to nadmiar luksusu.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Nastrój kiepski. Co gorsza, wielu pasażerów cierpi katusze niedoinformowania, bo właśnie toczy się historyczna powtórka bitwy pod Grunwaldem. Nie wiedzą jeszcze, jak skuteczne okazało się dla Niemców importowanie piłkarzy z Polski.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Nie wszyscy jednak wyłączyli komórki i nagle na całą halę rozlega się krzyk - Kubica dojechał pierwszy i prowadzi w klasyfikacji ogólnej!&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Posiadacz donośnego głosu, już ciszej, dodaje w moim kierunku - żeby trochę nastrój poprawić, bo już można oszaleć.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Jeszcze ciszej jeden z pracowników obsługi przekazuje drugiemu - do przerwy 1:0. Intonacja dość jasno wskazuje, dla kogo. To straszne. Wszyscy zginiemy.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Niektórzy obecni mają nawet reprezentacyjne szaliczki.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Właśnie.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;&lt;/font&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;Dużo, dużo tekstu. You have been warned.&quot;&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Gdy jechałem z Okęcia do domu na szybkie rozpakowanie, uznałem, że moja skleroza wkroczyła w kolejny, jeszcze ciekawszy etap, bo nie przypominam sobie między 3 maja a 22 lipca (dobra, niech będzie 11 listopada) święta państwowego takiego kalibru i traktowanego z takim entuzjazmem, żeby białoczerwone zrobiło się całe miasto. Flagi na budynkach, flagi na masztach, flagi na samochodach. Taksówkarz pozwolił mi otworzyć tylko jedno okno, bo w drugim miał zamontowaną flagę.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Z całą pewnością okazją ku temu nie był lotniczy piknik w Góraszce.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Zachodziłem tak w głowę, aż wreszcie wpadłem na genialny pomysł, żeby po prostu kogoś o to spytać.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Trzy lata temu najlepszy PR-owiec w historii urzędu papieskiego zafundował swoim rodakom na prima aprilis żart wyjątkowo ciężki. Reakcja owych rodaków dla wielu była ogromnym zaskoczeniem. Wracać szczegółowo do sprawy nie będę, bo takiej pyskówki to na blogu nie miałem nigdy, może poza bitwą o feminizm. W każdym razie, gdy teraz na to patrzę, nie mogło być inaczej. Nic więcej i nic mniej. Z jednej strony, współczesna pop-kultura strawę duchową oferuje bardzo rzadko, a metafizyczną właściwie nigdy, bo &quot;Heroes&quot;, &quot;Archiwum X&quot; i mitologiczna Xena to niestety nie to. Co powoduje silne, choć najczęściej nieuświadamiane, łaknienie takiej strawy(*). Chętnie metafizycznej. I nie hamburgera, ani nawet wegetariańskiej pizzy, ale porządnego sushi z rzodkieweczką.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Śmierć tego papieża faktycznie mogła wyzwolić ogromny potencjał. Również społeczny, bo tutaj mieliśmy do czynienia z brakiem strawy zarówno metafizycznej jak i społecznej.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Potencjał bynajmniej nie tylko katolicki, ale ogólnie rzecz biorąc, narodowy. Był postacią wystarczająco wielkiego formatu, żeby wokół dobrze napisanej jego ikony dało się zbudować jakiś ruch, jakiś prąd. Czegoś wart.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Tyle tylko, że nie było nikogo, kto by ten katalizator umiał zaaplikować.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;A przynajmniej nikogo kto by chciał, umiał i mógł zaaplikować go w taki sposób.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Z całej jego spuścizny zostały kauczukowe bransoletki z napisem &quot;Pokolenie JP2&quot;. Toruń odetchnął pełną piersią, a Watykan wybrał Sidiousa.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Tak się wyraziła tęsknota narodu za własną tożsamością AD 2005.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Tęsknota narodu za własną tożsamością AD 2008 wyraziła się eksplozją flag z okazji piłkarskiego meczu. Łojt, jak by rzekł Pinky. Każde z poważnych narodowych świąt ma umocowane gdzieś z tyłu środowiska niekoniecznie liczne i silne, ale za to bardzo mocno szczekające o swoim moralnym monopolu na daną rocznicę. Przy każdej z tych okazji można kogoś obryzgać potężnym strumieniem jadu i wrzasnąć &quot;wara&quot;. I zawsze ktoś to robi. W związku z czym w tej powszechnej, najniższej świadomości są to święta poniekąd zewnętrzne. Nie da się z nimi osobiście zidentyfikować. A przynajmniej nie może się z nimi identyfikować &quot;każdy&quot;.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Gdy przychodzi 4 lipca, każdy Amerykanin z wielką dumą stroi się w narodowe szatki. Czy ktoś jest republikaninem czy demokratą, czy katolikiem czy protestantem czy masonem, nie ma to najmniejszego znaczenia. Państwo, jego historia, jego wzloty i upadki są traktowane jak wspólne dziedzictwo i machać gwiaździstym sztandarem każdy Usanin może bez problemów.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Polak też potrzebuje okazji, żeby pomachać narodową flagą i wyrazić swoją radość i dumę z bycia Polakiem. Bo to też jest duchowa strawa, czysto społeczna. I potrzebna. Więc, gdy doszło do sytuacji, ze wszystkie pierogi okazują się jeśli nie zatrute, to solidnie oplute, pozostaje sięgnąć po wietnamca. I sięgają po niego Polacy gromadnie. Tłumnie. Ogólnonarodowo.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;W Auchan z okazji meczu sprzedawano zestawy &quot;Grill Kibica&quot;. Założę się, że sprzedawały się co najmniej równie dobrze, jak smocze ciasteczka w Ankh-Morpork.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Prawdziwi Narodowcy oczywiście mają na to swoje własne określenia, ze &quot;skundlonym patriotyzmem&quot; na czele. Zamiast wymyślać takie sprytne slogany, mogliby się raz i drugi zastanowić, dlaczego Polacy wolą Grill Kibica od złotych myśli Romana Dmowskiego.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;- Bo w tym rzędzie przy wyjściach jest trochę więcej miejsca, nawet u Ryanaira więc jak coś to machaj.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;- Dla mnie to w sumie są dwie kategorie miejsc, przy oknie i nie przy oknie, bo tylko z tych pierwszych można pstrykać.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;- W Ryanairze? Przecież oni mają tak usyfione okna, że się można zrzucić!&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;- No, wiem, ale jak ostatnio leciałem ze Stansted do Derry, to od tłuszczu na oknie aż się tęcze robiły, a zdjęcia wyszły bardzo fajne.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Jeden z nielicznych Polaków na lotnisku nie ustrojonych w białoczerwoną koszulkę, bransoletkę, szaliczek czy srututek, okazał się być posiadaczem czterdziestki i wielkim orędownikiem używania obiektywów Canona serii L zamiast budżetowych Sigm i Tamronów. Podobno, przynajmniej na czterdziestce, jedne i drugie mają problemy z autofocusem.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Mój Canonek miał tego wieczora bardzo poważne problemy mimo oriżinal obiektywu, bo syfy na szybie utworzyły niezależny krajobraz i autofocus, niestety, z dwóch wyrazistych pejzaży wolał ten bliższy.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;W nagrodę za przetrwanie dwóch koszmarnych godzin na Etiudzie oglądałem mistyczny zmierzch nad morzem, z zupełnie zwariowaną kolorystyką i bardzo... fantastycznym (w sensie fantasy) klimatem.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Pełną kwotę ceny za widoki poznałem w Dublinie.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Przylot opóźniony prawie godzinę; pora nocna, więc mocno zredukowana obsługa lotniska. Zanim dobrnąłem na przystanek Bus Eireann, ostatni niedzielny autokar do Letterkenny odjechał. Odniosłem dość silne wrażenie, że jestem Centralnie W Dupie™.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Oczywiście, nie można się poddawać bez walki.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Runda pierwsza. Lecę do informacji dopytać się o noclegi na lotnisku. Nie ma, ale bardzo blisko są hotele. Ano, są. Radisson, Clarion, chyba Mariott. Dziękuję, postoję.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Runda druga. Katuję automat z informacjami dla turystów. Notuję kilka numerów wśród bardzo intensywnego ponaglania. Pechowych podróżnych jest dzisiaj cały tłum. Pod żadnym z numerów nie ma wolnych miejsc, jeśli w ogóle ktoś odbiera telefon.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Runda trzecia. Odpalam laptopa. Google pokazuje całkiem sporo lokacji. W 99% przypadków są to linki nie do stron samych B&amp;amp;B, które najwyraźniej zwykle własnych witryn nie mają, ale do stron różnych sprytnych korporacji, oferujących bardzo miłą opcję &quot;Book Now!!!&quot;, ale żadnych kontaktów bezpośrednich. Mimo wszystko wygrzebuję kilka numerów. Z podobnym skutkiem, jak z automatu.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Runda piąta. W przypływie desperacji odpalam dublińskie Yellow Pages. Skutki... hm. Nietrudno się domyślić.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Po rundzie piątej postanowiłem coś zjeść i wypić, zaczem panie sprzątające skierowały mnie na trzecie piętro terminalu, zajęte głównie przez gastronomię właśnie. Piętro okazuje się również być namiastką hotelu. Tylko najtwardsze i najbardziej niewygodne krzesła nie były zajęte przez śpiących ludzi. Niestety, nawet gdybym wykoncypował jakiś sposób wyciągniącia się na czymkolwiek, nie skorzystałbym z niego. Laptop, aparat, noviutqi dysk zewnętrzny.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Ostatecznie przesiedziałem w półdrzemce, z walizką między kolanami i głową na plecaku, cztery godziny, które mi pozostały od zakończenia walki o łóżko do odjazdu pierwszego autobusu w poniedziałek. Na pocieszenie dostałem bardzo ładny wschód nad lotniskiem.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Gdy zaczęła się zbliżać 9 rano, zdałem sobie sprawę, że spóźnię się do pracy i trzeba uprzedzić szefa. Napisałem ładnego SMS-a, po czym odkryłem, że wśród kontaktów, które kopiowałem na nową kartę i komórkę z różnych starszych nośników, kontaktu do szefa nie ma. Po dość wyrazistym *gulp* przypomniałem sobie, że mam za to kontakty do dwóch pracowników firmy, w tym jednego z QA. Peter SMS-a odebrał jadąc jeszcze do pracy, ale jak się przekonałem nazajutrz, informację przekazał. Tak, nazajutrz.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Po szybkim rozpakowaniu i prysznicu stwierdziłem, że mam przed wyjściem na obiecaną w SMS-ie 11-ą jeszcze 10 wolnych minut. Odpaliłem więc laptopa i obudziłem się z głową na klawiaturze po 17-ej. Laptop mówił &quot;pipipipi&quot;.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;A zawsze sądziłem, że takie rzeczy to się zdarzają albo w komiksach, albo Isurugiemu.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;A w czwartek swoją świadomość i zbiorowy mindset wyrazili Irlandczycy. Krótko i zwięźle: &quot;nie rozumiem, nie popieram&quot;. Proste to i zaskakująco w tej prostocie mądre. Co ciekawe, przed i po referendum rozmawiałem na ten temat z kilkoma znajomymi. Wszyscy, co do ludka, byli &lt;i&gt;pro-Union, anti-treaty&lt;/i&gt;. &quot;Europe&apos;s been great for us; let&apos;s keep it this way!&quot;. W zasadzie każdemu, kto się w tym kraju interesuje polityką a sam politykiem nie jest, w zupełności wystarczał fakt, że o ile traktat jest w istocie konstytucją Europy (choć wprowadzoną jako zmiany do wcześniejszych traktatów) i to bardzo ważne, że mogą się wypowiedzieć na jej temat, o tyle w jej zawiera ona procedury pozwalające na dowolne dalsze zmiany już bez konsultacji.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Czyli: jeśli teraz powiemy &quot;tak&quot; to już więcej nie muszą nas pytać, choćby chodziło o uchwalenie prawa pozwalającego każdemu obywatelowi Unii strzelać do dowolnego Irlandczyka w poniedziałki i wtorki w godzinach popołudniowych.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Niektórzy pamiętali konstytucję promowaną pod nazwą konstytucji. Tudzież entuzjazm, z jakim przyjęły ją kraje starej Unii. Zwłaszcza Francja.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Gdyby 3 miliony ludzi wśród 500, którym pozwolono wyrazić swoje zdanie, powiedziało mniej lub bardziej zgodnie &quot;tak&quot;, czułbym się głęboko zawiedzony. &lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Bo podstawowy fakt nie do zaakceptowania (przynajmniej dla mnie) to właśnie ta proporcja.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Jeszcze ciekawsze były efekty, gdy się zasugerowałem ostatnim postem Samuela i polazłem na onet.pl, zobaczyć, co też mają na ten temat do powiedzenia moi rodacy.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;&quot;Typowe myślenie ograniczonego katola. Nie rozumiem, to się sprzeciwiam. Mam nadzieję, że ten katolicki skansen Irlandię wypierdolą jak najszybciej z Unii.&quot;&lt;/font&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;&quot;Dziękuję Narodowi Irlandzkiemu, który nie pozwolił się pochłonąć europejskiej bestii. Sejm zdradził, Irlandczycy nie zawiedli.&quot;&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Piękne to było, ale padły też komentarze sensowniejsze.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;&quot;Teraz idea Europy dwóch prędkości znacznie się wzmocni&quot; - faktycznie, przecież to wcale nie Francuzi odrzucili tę samą konstytucję, gdy mieli ku temu okazję. O ile pan taoiseach bardzo podkreślał, że głos Irlandii w referendum przypomni i podkreśli jej miejsce w sercu Europy, co sprawiło nam na lanczu wiele radości zresztą, o tyle wzmiankowane serce Europy już raz dość wyraźnie stwierdziło, że unijny progres potrzebuje zmiany kierunku. Jeśli kontynuacja w kierunku dotychczasowym ma mieć efekt w postaci owych dwóch prędkości, to bynajmniej nie będzie to prędkość środka vs. prędkość peryferiów ale raczej przeciętnego zjadacza chleba vs. dużych korporacji. A to wróży kiepsko. Bardzo kiepsko. Nawet jeśli brukselscy biurokraci są dość dokładnie oderwani od rzeczywistości, żeby tego nie widzieć, to powinni to widzieć CEO.&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;&quot;&lt;/font&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot; color=&quot;#4e4e4e&quot;&gt;Przed Unią Europejską stoi trudne zadanie utrzymania równowagi pomiędzy sprawnością a odpowiedzialnością, pomiędzy demokracją a technokracją. Nauka jaka płynie z irlandzkiego referendum, a także z wcześniejszych głosowań we Francji i Holandii, pokazuje że waga wychyliła się zanadto w stronę technokracji.&lt;/font&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;&quot; (Gideon Rachman, &quot;Financial Times&quot;).&lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;Swoją drogą, komentarze już nie forumowiczów, a prominentnych polityków, na temat irlandzkiego &quot;Nie&quot; więcej robią na rzecz spiskowej teorii dziejów, niż tysiąc książek i artykułów nawiedzonych nacjonalistów. &lt;/font&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;font size=&quot;1&quot; face=&quot;Verdana&quot;&gt;*) Konrad Lewandowski, zbiór opowiadań pt. &quot;Noteka 2015&quot;. Serdecznie poleacam, w tym konkretnym przypadku opowiadanie o zarazie morowej w XXI wieku. Z przepiękną paralelą między apokaliptyczną skalą dżumy w wyniku powszechnego niedożywienia najniższych i najliczniejszych warstw społeczeństwa a skalą niezwykłej epidemii z opowiadania jako wynikiem powszechnego wygłodzenia ludu w sensie strawy duchowej...&lt;/font&gt; &lt;/font&gt;&lt;/div&gt;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/23464.html</comments>
  <category>lizbona</category>
  <category>mecz</category>
  <category>ryanair</category>
  <lj:music>Mozart</lj:music>
  <lj:mood>amused</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/23175.html</guid>
  <pubDate>Tue, 17 Jun 2008 18:24:37 GMT</pubDate>
  <title>Fłęsz 69? : &quot;Drogi pamiętniczku...&quot;</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/23175.html</link>
  <description>&lt;font size=&quot;2&quot;&gt;Z pamiętnika Guy de Coupale&apos;a, specjalisty ds. kluczowych klientów w firmie Handel Globalny, rok - mniej więcej - 2002.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/font&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;Bardzo zły tekst...&quot;&gt;&lt;font size=&quot;2&quot;&gt;7 lipiec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szef powiedział mi dzisiaj, że szykujemy się na wielki skok. Wykupiliśmy kolejnych komputerowców, tym razem od front-office, i możemy sprzedawać kompletne rozwiązanie. Idziemy w świat. Konkretnie, do Ameryki. Dwóch chińskich brokerów już jeździ na naszym systemie, więc jesteśmy globalną firmą o międzynarodowym znaczeniu. A przynajmniej tak możemy mówić Amerykanom. To i tak idioci, mówi szef. No, nie wiem. Człowieka na Księżyc jakoś wysłali.&lt;br /&gt;Wybiorę się chyba na jakieś zajęcia motywacyjne, bo przecież tego gówna oprócz naszych patriotów i Chinoli nikt zdrowy na umyśle nie kupi. Ktoś mi niedawno powiedział, że to nie zawsze było gówno, przynajmniej zanim ich kupiliśmy, zwolniliśmy całą miejscową załogę i przenieśliśmy development do Algierii. Ze starej załogi został jeden misiek, siedzi w Paryżu na 1/8 etatu, więc jak gadam z klientem, to są prace rozwojowe w Paryżu i Algierze.&lt;br /&gt;Właściwie to wszystko jest ustawione i mamy potencjalnego frajera, tylko boję się momentu, gdy trzeba wreszcie będzie pokazać menedżerom instancję systemu i poprowadzić jakąś demonstrację. Widziałem niedawno GMI i parę innych systemów głównych graczy na tamtym rynku. Jeśli oni też je widzieli, to wypuszczą mnie chyba przez okno, prosto na nowojorski bruk.&lt;br /&gt;Ten misiek z Paryża to tak czuję, że nam robi jakiś sabotaż. Ale może to dzięki temu ja mam pracę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1 październik&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To chyba wszystko prawda. Że dla nich Chicago, to musi być część Nowego Jorku, a nie osobny stan, bo przecież mówi się, że to &quot;Miasto Wiatru&quot;.&lt;br /&gt;Klient zwykle nie ma pojęcia, czego tak właściwie chce. W ich przypadku to jest stanowczo za mało powiedziane.&lt;br /&gt;Wiedzą, czego chcą. Otóż chcą jakiegoś systemu Nie Na Mainframe&apos;ie.&lt;br /&gt;Najwyraźniej wszystko, czego wymagają, to żeby nie było na frejmie, bo strategiczny inwestor im powiedział, że mają ograniczyć koszty utrzymania infrastruktury. Reszta jest tematem pobocznym.&lt;br /&gt;Opowiedziałem im trochę o tym, co robi nasz system, często podkreślając, jak bardzo nie jest na frejmie i w ogóle nie ma z dinozaurami nic wspólnego. Spodobało im się. W przeciwieństwie do Angoli i Japońców nie pytają o rzeczy, których nie robi. To bardzo miłe z ich strony, choć nie wydaje mi się, żeby zdawali sobie z tego sprawę. Sprawdziłem trochę ich firmę. 60 tysięcy pracowników, filie na całym świecie. Duże, bardzo duże pieniądze. W rękach takich wspaniałych, komunikatywnych ludzi.&lt;br /&gt;Chyba czeka mnie awans.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3 styczeń&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczyna się ostre dymanie w styję.&lt;br /&gt;Przez dwie godziny bajałem im o Oraclu i jego przewagach nad innymi bazami. Biadałem wraz z nimi nad kosztami utrzymania frejma. Nie wiedzą jeszcze, ile kosztuje jedna licencja na Oracle Clienta, ale przecież mnie o to nie spytają. Wydaje im się, że Oracle to ich system księgowy i że gdy mówiłem &quot;nasz system oparty jest na Oraclu&quot; to chodziło mi o pełną integrację. Zupełnie, jakby to nasze gówno było projektowane pod kątem jakichś ich potrzeb. A wała.&lt;br /&gt;Ich pracownicy to dziady, wszystko powyżej czterdziestki. Mam już plan awaryjny na wypadek, gdyby użytkownicy zaczęli się burzyć, że każemy im rzeźbić akanty w gównie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;10 kwiecień&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rżnę ich od tylca tak ostro, że przy każdym pchnięciu oczy im wyskakują na zewnątrz i zawisają na chwilę w powietrzu na nerwach wzrokowych, po czym wracają na miejsce z mokrym &quot;plop!&quot;. Nie na długo, oczywiście.&lt;br /&gt;Problem z licencjami sami wzięli na twarz. Ich nieszczęsny Citrix poradzi sobie z tym mniej więcej tak, jak krowa z parkurem, ale to już nie mój problem. Bardzo dobrze się zrozumieliśmy w kwestii standaryzacji i przestrzegania polityk poprzez zajebanie wydajności Citrixem. Sugestia, że starego psa nowych sztuczek nie nauczy i w związku z tym nie należy oczekiwać od użytkowników, że się bezboleśnie przesiądą z frejma na aplikację windowsową, spotkała się z pełnym zrozumieniem. Nie bardzo wiem, co to tak właściwie oznacza, ale może razem z systemem wymienią też luzerów?&lt;br /&gt;Na wszelki wypadek rozbudowałem nieco slogan na naszej stronie, teraz mówi, że Butix to automatyczny, uniwersalny system rozliczeniowy następnej generacji. Brzmi zajebiście, może więcej debili się na to złapie.&lt;br /&gt;Nie wiedziałem, że można systemowi nadać taką głupią nazwę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;30 lipiec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ich oczy doleciały wreszcie do ściany i tam już zostały, robiąc przy tym &quot;plask!&quot;.&lt;br /&gt;Od maja jestem konsultantem przy Roztropinansach Inc., koszę za to sporą kasę i nawet nie muszę ich już dalej dymać, bo robią to sami.&lt;br /&gt;Umowa zawarta. W zasadzie nie zobowiązuje nas do niczego. Przypływ gotówki jest taki, że szef zgodził się na wprowadzenie paru zmian w systemie, żeby miał cokolwiek wspólnego z miejscowym rynkiem.&lt;br /&gt;Użytkowników faktycznie chcą wymienić, powiedzieli mi to wprost, po tym jak kazałem jednej klępie numerować konta ręcznie w Excelu, a ona się znarowiła. Łyknęli to jako dowód bezmyślnego oporu przed nową technologią i słabych nadziei na reedukację. Szef mało się nie zlał ze śmiechu i dał mi premię.&lt;br /&gt;Nie mogę się doczekać, aż system przejdzie wdrożenie, a my będziemy spokojnie mogli zacząć się reklamować jako dostawca rozwiązania dla Roztropinansów. Amerykanie to przecież debile, kupią wszystko, zwłaszcza poparte jakąś dużą, znaną nazwą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;12 październik&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Roztropinansowi poddali się na razie z Nowym Jorkiem, chyba do nich dotarło, że zatrudnienie 60 brokerów nie starszych niż 30 lat, a z 20-letnim doświadczeniem, może być nietrywialne.&lt;br /&gt;Tymczasem przeniosłem się do Londynu, tu też mają biuro.&lt;br /&gt;Napisałem im automatyczny harmonogram przetwarzania dziennego. W Windows Schedulerze. Jak szef to usłyszał, obiecał mi dobrą kolację w Paryżu.&lt;br /&gt;Ciekawe, jak to załatwili Chińczycy. Może mają jakiegoś człowieka, który po prostu siedzi przy ekranie i dla każdej procedury odpala aplikację uruchamiającą, wybiera proces i go uruchamia. Pilot procesów sam się zamyka po każdym przebiegu, więc jeśli mają pełny system, to ten głupi Chińczyk musi wszystko powtórzyć jakieś 50 razy, w ściśle określonej kolejności.&lt;br /&gt;Sprawdziłem na boku, że cały system, z batchami włącznie, jest napisany jako okienka w Pythonie. Co to jest, kurwa, Python? Jęssssyk programowania? Pieprzeni wielbłądziarze i misiek z Paryża naprawdę próbują nam robić sabotaż. Naiwne dzieci. Naprawdę nie rozumieją, na czym w dzisiejszych czasach polega produkcja oprogramowania. Ten świat napędzają ludzie nie tacy jak oni, a tacy jak ja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;7 styczeń&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe, co Roztropinansowi zrobią swoim luzerom w Hong Kongu, gdy okaże się, że w najgorętszym momencie dnia na giełdzie przez pół godziny nie mają systemu.&lt;br /&gt;A ten czlowiek na Księżycu to chyba tam, kurwa, zabłądził.&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/23175.html</comments>
  <category>pohandlujmy</category>
  <lj:music>Mozart</lj:music>
  <lj:mood>anxious</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/23028.html</guid>
  <pubDate>Sun, 25 May 2008 23:04:21 GMT</pubDate>
  <title>Ajryś #24 - Gdzież dawne, dobre czasy..?</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/23028.html</link>
  <description>&lt;table border=&quot;0&quot; cellspacing=&quot;0&quot;&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style=&quot;width:666px&quot;&gt;&lt;font size=&quot;-1&quot;&gt;Kiedy stąpasz po osypujących się zdradliwie ostrych kamykach, każdy twój krok podnosi mini-chmurkę pyłu. &lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;table border=&quot;0&quot; cellspacing=&quot;0&quot;&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204408250560574818&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh6.ggpht.com/akseiya/SDnFutDGdWI/AAAAAAAAFIg/ZOEQEpVcOKQ/s144/REB_20080525_2520.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;td&gt;Gdy wieje tak, jak dzisiaj (tzn. można się na tym wietrze kłaść z ciężkim plecakiem*), to już nie jest mini, ale i tak powietrze jest go pełne, więc nie ma dużej różnicy. We włosy dużo nie włazi, bo zdrowy na umyśle człowiek w taką pogodę na ten szlak nie wyrusza bez nakrycia głowy (a naprawdę zdrowy zabiera też okulary).&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;W moim przypadku nakryciem był kaptur mojej krwawej bluzy, który znakomicie zawęża pole widzenia, a przy nadmiernym zaciągnięciu sznurka (bo pył) zasłania przynajmniej jedno oko i wyłącza widzenie stereoskopowe. Schodzenie w dół bez szybkiej i dokładnej oceny odległości to jeden z lepszych sposobów na dość szybką i bardzo efektowną śmierć. A kiedy po kolejnym poślizgu z solidnym zastrzykiem adrenaliny rozluźniłem kaptur, natychmiast miałem pół kilo pyłu w oczach (tu kolejny litr adrenaliny we krwi, bo jeśli jest coś ciekawszego od braku wizji przestrzennej, to jest to brak wizji jakiejkolwiek), który to pył po chwili spłynął ze łzami, dzięki czemu zacząłem się smarkać błotem. Kiedy wracasz do domu i rozwiązujesz sznurówki, wzbija się z nich ten sam, rudy pył który zdążyłeś znienawidzić za to, że odbiera ci wzrok, zgrzyta w zębach i sypie się do butów, niezależnie od dokładności ich zawiązania.&lt;br /&gt;Z najbardziej przykrego odcinka zdjęć nie mam. Nie było jak robić. Zbyt rozpaczliwie czepiałem się kruchego zbocza, żeby mnie z niego wicher nie zdjął. Ręcami, nogyma, zębom kilka razy zabrakło centymetrów.&lt;table border=&quot;0&quot; cellspacing=&quot;0&quot;&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;Zanim trafisz na najbardziej stromą i zarazem najdrobniej pokruszoną część zbocza, przeczłapujesz się przez rozległe, miękkie torfowisko wśród owiec i ich bobek, gdzie od czasu do czasu buty z cmokaniem zagłębiają się w rozmokłej od ostatnich deszczów glebie i nie zanadto chcą wracać (zastanawianie się, czy ostatnie cmoknięcie to aby na pewno była gleba, nie jest dobrym pomysłem). Chodzenie po torfie wciąga, może nie tak jak po bagnach, ale zawsze.&lt;/td&gt;&lt;td&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407039379796594&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SDnEoNDGcnI/AAAAAAAAFCk/82pe0Ae8I2c/s144/REB_20080525_2472.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;Potem, na szczytach, jest już niemalże płasko i bardzo bezpiecznie, przynajmniej w porównaniu z tym, co się dzieje 40 metrów niżej. Dla lepszego efektu wiatr też dziś wiał na szczycie bardzo umiarkowanie - rozsiadając się z Piotrkiem** i stertą fotograficznego sprzętu nie musiałem szukać choćby śladu osłoniętego miejsca, ani organizować sobie surogatów w rodzaju własnego plecaka. A coby nie gadać, było co opstrykać. Kamieniste pustkowie górotworu z błyszczącymi tu i ówdzie, niewiarygodnie niebieskimi w słońcu Lochami, wioska po przejściach i dyskretnie schowany w lesie dworek z Lochem tuż obok (tym kadrom nieocenione usługi oddał piotrkowy Tamron 250 do Canonów kliszowych), wreszcie, już rozpływające się we mgiełce, żółte plaże i piana atlantyckich grzywaczy***.&lt;br /&gt;&lt;nobr&gt;&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407932732994818&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SDnFcNDGdQI/AAAAAAAAFHw/zkEUiTQvWG4/s144/REB_20080525_2514.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407425926853506&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh6.ggpht.com/akseiya/SDnE-tDGc4I/AAAAAAAAFEs/CHVKyFUEOEE/s144/REB_20080525_2489.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407490351362978&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh5.ggpht.com/akseiya/SDnFCdDGc6I/AAAAAAAAFE8/G1jM_o--S94/s144/REB_20080525_2491.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407709394695282&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SDnFPNDGdHI/AAAAAAAAFGk/oGKXFtZIiAo/s144/REB_20080525_2504.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/nobr&gt;&lt;br /&gt;Nagroda za upór. Bo na szczyt Góry Errigal zaciągnął mnie chyba tylko on i może jeszcze duma dawnego tatrzańskiego łazika, który wzniesieniom o takiej wysokości n.p.m. raczej nie byłby skłonny określać szlachetnym mianem góry. Sęk w tym, że An Earagail ma wysokości bezwzględnej 749m, a względnej 688. Idąc w górę od Hali Gąsienicowej taki dystans pionowy ma się za sobą w okolicach Orlej Perci. Po namyśle dochodzę do wniosku, że trudność trasy jest podobna, bo najostrzejsze stromizny Errigalu ustępują co prawda (chyba) trasie na Zawrat, ale w Tatrach grunt jest znacznie pewniejszy - nie przypominam sobie takich paskudnych zjazdów i solidnych zachwiań równowagi. Fakt faktem, że widok na Dolinę Pięciu Stawów Polskich jest jeszcze ładniejszych, ale tam, gdzie można go z trasy świnickiej (Orlą Percią z Hali przez Zawrat) najefektywniej (-owniej) podziwiać, nie da się usiąść, rozłożyć trójnogu czy zmienić obiektywu.&lt;br /&gt;To porównanie dało mi niezłe pojęcie o aktualnym stanie mojej kondycji, wytrzymałości i siły mięśni. &lt;table&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;Pierwsze przystanki na oddech i odprowadzenie choćby odrobiny kwasu mlekowego z piszczących o litość ud robiłem jeszcze w strefie torfowiska! Gdy zaczęło się niepewne podłoże i solidna stromizna, przystanki się zagęściły. Mam wrażenie, że w pewnym krytycznym momencie między jednym spoczynkiem a drugim przeszedłem może 30 metrów. To chyba wtedy przyznałem wreszcie, że mogę na &apos;tę nędzną górzynę&apos; nie wejść.&lt;/td&gt;&lt;td&gt;&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407224063390466&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh3.ggpht.com/akseiya/SDnEy9DGcwI/AAAAAAAAFDs/ICpzAg2rMNQ/s144/REB_20080525_2481.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt; Szokujący dla rozleniwionego biurowym życiem cielska gwałtowny przepływ krwi odzywał się bólem, a dla lepszego efektu zacząłem się też dość konkretnie ślinić i smarkać - przy parowozowej zadyszce rzecz po prostu cudowna, chociaż trudno mieć pretensje do nosa, że broni mnie przed pylicą. Szybko się przekonałem, jak źle wybrałem plecak (ciężki Szwajcar na klaptok, mocno odstający i wymagający mocnego ściągania szelek) - bo na każdym przystanku go zrzucałem z wrażeniem, że otwieram na amen dotychczas zatrzaśnięte arterie w barkach i szyi. Gdy nogi zaś przyjmują konsystencję waty, dujący z boku wicher i osypujące się podłoże nagle nabierają nowego znaczenia.&lt;br /&gt;Gdzieś na początku rumowiska minęła mnie w przelocie koleżanka z pracy. Będąc zbyt zajęty wypluwaniem płuc nie skojarzyłem, że to ona, a że pysk schowałem w kapturze, ona nie rozpoznała mnie. Gdy zdychaliśmy z Piotrkiem przed ostatnim morderczym odcinkiem, koleżanka z mężem i dzieckiem (wszyscy w jakichś koszulkach i krótkich spodenkach, na sam ten widok solidnie zmarzłem) już wracali. Po pełnym zaskoczenia powitaniu koleżanka pocieszyła mnie, że już tylko kawałeczek i na pewno dam radę. Ano. Dałem. Ledwo.&lt;br /&gt;&lt;table border=&quot;0&quot; cellspacing=&quot;0&quot;&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;Ciekawy jest sposób, w jaki skały kruszą się tam w gołoborze. Powstają z tego nieomal prostopadłościenne kostki o ostrych, kaleczących ręce krawędziach (dlaczego w Tatrach, gdy patrzyłem na rozwaliska, wpływ budowy krystalicznej na łupliwość nie przychodził mi tak dosłownie na myśl i nie kazał się chwilkę zastanowić nad tym i owym?).&lt;/td&gt;&lt;td&gt;&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407967092733202&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SDnFeNDGdRI/AAAAAAAAFH4/U9jfBfuqMpY/s144/REB_20080525_2515.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;table border=&quot;0&quot; cellspacing=&quot;0&quot;&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204408473898874322&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh6.ggpht.com/akseiya/SDnF7tDGddI/AAAAAAAAFJY/7Voo2HrLxD4/s144/REB_20080525_2528.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;td&gt;Gdzieniegdzie, jak to w górach, ciurkają sobie z cicha strumyki. Jeden przecina szlak, więc miałem okazję mu się przyjrzeć. Albo to woda jest w nich mocno ruda, albo coś rudego osadziło się na kamieniach na dnie. Przychodzi na myśl torfowisko, ale rude każe mi podejrzewać żelazo, co ma sens o tyle, że gdy na szczycie Piotrek wytargał kompas, wiele nam to nie pomogło. Nie działał. Swoją drogą smutny jest widok plastykowego śmiecia w takim strumyku. Ledwo jest, a już w nim świnią.&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;table border=&quot;0&quot; cellspacing=&quot;0&quot;&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;Mijałem starców, młodzież, ludzi w wieku dojrzałym i dzieci. Gdy zobaczyłem wspinającego się o lasce na drugi szczyt, od strony Poison Glenn, dziadka z pięcioma piesami, dość konkretnie chciało mi się śmiać. Dziadek wyglądał całkiem świeżo a potfory zachowywały się jakby w ogóle nie zauważyły pokonanej stromizny. Biegi, skoki, hulanka, swawola (w czasie całej wspinaczki i powrotu, oprócz dziadkowej watahy spotkaliśmy jeszcze trzy inne psy, choć ostatni już na torfie wyglądał jak ja na rumowisku).&lt;/td&gt;&lt;td&gt;&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407773819204754&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh3.ggpht.com/akseiya/SDnFS9DGdJI/AAAAAAAAFG0/n-b20o5fUUQ/s144/REB_20080525_2506.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt; &lt;table border=&quot;0&quot; cellspacing=&quot;0&quot;&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/MountErrigal/photo#5204407254128161554&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh6.ggpht.com/akseiya/SDnE0tDGcxI/AAAAAAAAFD0/2Mklk3WfeHE/s144/REB_20080525_2482.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;td&gt;Co mnie ciekawi od strony ekologicznej, to fakt, że górzysty teren w okolicy Siedmiu Sióstr (m.in. Errigal) wygląda tak, jak u nas okolice położone kilometr wyżej. Drzewa rosną tylko tam, gdzie je zasadzono w ramach unijnego programu zalesiania - to są właściwie plantacje drzew. Wszędzie jakaś surowa tundra - jedno wielkie torfowisko, całkiem zresztą intensywnie eksploatowane. Od jakichś 300-400 metrów n.p.m. gołe kamienie, tylko gdzieniegdzie szczypta gleby, skrzętnie wykorzystywana przez budzącą respekt, mimo drobnych rozmiarów, roślinność.&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;Jak jutro dotrę do pracy, nie wiem. Największą nadzieję pokładam w fakcie, że pół trasy jest z górki. Ale, bardzo delikatnie rzecz ujmując, warto było. Dla drogi przez obrzeża Glennveagh, przez sielskie wioski, gdzie miejscowym centrum kultury jest stary bar, przez dróżki wyglądające jak ogrodowe aleje, wreszcie dla panoramy Donegalu i tego zupełnie innego odczuwania bólu w nogach, gdy już gramolisz się na dół, a twoim najlepszym przyjacielem jest miękkie torfowisko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*) patrząc na zdjęcie, mam wrażenie, że wygląda nieprzekonywająco, ale też akurat w momencie pozowania wiatr zelżał, a kładłem się na nim plecakiem do tyłu (względem szlaku wiał głównie z boku)&lt;br /&gt;**) znajomy znajomych, też fotografuje; ma parę niezłych obiektywów i statyw :D&lt;br /&gt;***) Monika (koleżanka z pracy) z mężem wybrali się właśnie na owe plaże północnozachodnie; byli zachwyceni kolorem morza - Dominik (mąż) stwierdził, że ostatnio widział coś takiego na reklamach wczasów na Karaibach.&lt;br /&gt;&lt;/font&gt;&lt;/td&gt;&lt;/table&gt;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/23028.html</comments>
  <category>sheep</category>
  <category>dogs</category>
  <category>weakling</category>
  <category>dead legs</category>
  <category>mountaineering</category>
  <lj:music>Runing Wild, &quot;Genesis&quot;</lj:music>
  <lj:mood>tired</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/22603.html</guid>
  <pubDate>Tue, 20 May 2008 22:54:14 GMT</pubDate>
  <title>Ajryś #23 - Hobbit w Gondorze (po raz kolejny)</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/22603.html</link>
  <description>19.V&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Pokręcone jest życie biurowego nomada. Tyłek odgnieciony od wielbłądziego garba na wertepach, ale za to...&lt;br /&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;...no, właśnie... (tasiemiec)&quot;&gt; Co jakiś czas wraca do mnie myśl, czy aby na pewno to wszystko mi się podoba. Najczęściej wraca to do mnie, gdy nie udaje mi się od początku do końca wykorzystać firmy do swoich prywatnych celów. Ot, na ten przykład, gdy okazało się, że ekonomiczne zakwaterowanie oznacza strome schody od windy do recepcji, brak wanny w hotelowym pokoju, grzyba na brzegach brodzika i plastykową zasłonę bliżej nieokreślonej czystości, bardzo namiętnie tulącą się do mnie, gdy tylko rusza prysznic. A na dobitkę z Kulu Kulu Sushi nic nie wyszło, bo czas lotu dobrano mi tak, że w centrum Londynu byłem znowu po północy, tym razem nie trzeba do tego było rażących samoloty piorunów.&lt;br /&gt; Na szczęście mam chyba jednak jeszcze jakąś odrobinę kontaktu z rzeczywistością. Bo zaraz po grzybie przypominają mi się panoramy z London Eye i parę ciekawych ujęć, których z całą pewnością bym nie złapał, gdybym został w kraju. Zwłaszcza w webdeveloperskiej firemce, za 3k zetów miesięcznie. Zresztą, fakt, że poleciałem tak późno, miał bardzo nieoczekiwane rezultaty...&lt;br /&gt; Jest coś naprawdę zdumiewającego w kompletnie nielogicznym obrocie spraw, jakiego mógłbym się spodziewać w jakiejś poczytnej książeczce, a nie we własnym życiu. Mój dziesięciokrotny fart działa ostatnio jakoś chyba częściej o__O;&lt;br /&gt; Po dość kompletnym rozłożeniu się do poziomu, zamiast wylądować pod mostem i w jadłodajni dla bezdomnych, znalazłem się w sytuacji globalnego japiszona, latając raz po raz między miastami, które spełniają jeden warunek: mieszczą się w nich giełdy wymiany towarów i instrumentów pochodnych lub są moim miastem rodzinnym. &lt;br /&gt; A przy okazji tych wszystkich podróży, czego się człowiek nie napatrzy i czego nie nasłucha. Czasem nawet wpadnie na kawałek własnej historii, czy może raczej ten kawałek wypadnie na niego z krzaków.&lt;br /&gt; Loty między Warszawą a Dublinem to, niestety, najczęściej kontakt z własnymi rodakami, w przeważającej części należącymi do najliczniej reprezentowanej na wyspie grupy spod znaku brudnych odblaskowych kamizelek noszonych w autobusach i &quot;fkurwejebane&quot;.&lt;br /&gt; Chociaż. Oczywiście nie wszyscy Polacy w Dublinie to budowlańcy i nie jeden Seiya poleciał za morze z przyczyn nie dających się w całości wyrazić kwotami. Zdarzyło mi się niedawno, że domagałem się od współpasażerki, żeby udostępniła mi moje specyjalnie zawczasu opłacone miejsce przy oknie. Pani uprzejmie przeszła na &quot;swoje&quot; miejsce, dodała, że możemy chyba przełączyć się na język polski, po czym zainteresowała się natężeniem mojego pragnienia realizacji rezerwacji. Cji, cji, cji. W odpowiedzi, z miną lekko przepraszającą, wytargałem Canonka, a kwadrans później sąsiadka - swojego wypasionego CyberShota z efektownym wgnieceniem na przedzie obiektywu, jak się potem okazało, po upadku w efekcie którego przednia część cokolwiek się przekrzywiła, ale kolega hydraulik stuknął raz i drugi i jest dobrze. Prawie jak lustrzanka, zdjęcia podobno robił bardzo ładne i tak po prawdzie to większość funkcji typowych dla dSLR-ów owszem, miał. Tym sposobem natknąłem się po raz pierwszy na innego osobnika homo sapiens zainteresowanego fotografowaniem chmur przez brudne szyby samolotu. Sąsiadka przy okazji napomnknęła o okolicznościach swojej emigracji - w największym skrócie, najpierw do Irlandii uciekł jej mąż, dokładniej - uciekł przez chłopcami w czerwonych berecikach. Potem ona dołączyła doń wraz z maleńką córką, która teraz chodzi do przedszkola i na tyle zasymilowała się w swoim środowisku, że wraz z mężem uznali to za dobry powód nieograniczonego przekładania planów powrotu do ojczyzny. Spodobało mi się to rozumowanie, wraz z wywodami na temat hrabstwa Dublin z przyległościami, co tam ładne a co tam śliczne. Potem jeszcze posłuchałem conieco na temat południowowschodniej dzielnicy miasta, w której mieszkają i myślę, że przy okazji następnej wizyty w Czarnystawie warto tam zajrzeć z obiektywem.&lt;br /&gt; Bardzo miły kontrast, zarówno po co niektórych napotkanych w Dąblinie rodakach, jak i po pijackich pokrzykiwaniach na lotnisku (panowie o śląskim akcencie, którzy, ehem, wpółpodróżowali ze mną ostatnio do Warszawy, przed wejściem na pokład osuszyli we trzech zgrzewkę Lecha) czy czterogodzinnych autobusowych dysputach o tym, kto w jakiej fabryce ile zarabia, ile płaci czynszu i czy opłaca się jeszcze w Irlandii być kimkolwiek innym niż taksówkarz lub niania. Ponad trzy godziny rozmowy składającej się w połowie z kwot. Jak to rzekł pan Miauczyński - &quot;Kurwa! Ja pierdolę!!!&quot;.&lt;br /&gt; Podobnie miły kontrast stanowił Amerykanin, którego spotkałem w dzisiejszym tfu-tfu-Ryanairze z Derry na Stansted. Pochodził z Kaliforni. A jego babka z Warszawy. W Warszawie nie był bardzo dawno, konkretnie od 1962, gdy rząd Polski Ludowej upomniał się o szczątki Paderewskiego.&lt;br /&gt; Chciałoby się spytać, co mógł mieć wspólnego handlarz statkami z najsławniejszym orędownikiem polskiej niepodległości?&lt;br /&gt; Otóż zdarzyło się, że będąc przypadkiem w miejscu zwanym Steinway Hall, gdzie najbogatsi pianiści epoki składali zamówienia na fortepiany, popijając Dom Perignon i podjadając sybirski kawior (nie zrozumiałem, co tam robił, my English still sucks a big deal) spotkał (nie wiem, czy sam się wtedy opychał kawiorem, ale poziom recepcji opisał dość barwnie) polskiego muzyka, Wojtka Matuszewskiego. Wojtek grał w stylu Paderewskiego, również utwory samego mistrza. Słuchając Wojtka, Mark (bo tak się Kalifornijczyk nazywa) zakochał się w muzyce Paderewskiego, tak dokumentnie, że udało mu się nawiązać kontakty z ludźmi, którzy znali go osobiście. Tym sposobem, po spotkaniu Irlandki wiedzącej o swym kraju mniej ode mnie, spotkałem wkrótce Amerykanina, którego wiedza o narodowym bohaterze mojego kraju wprowadziła mnie w stan głębokiego wstydu. I ciekawości.&lt;br /&gt; Paderewski przybył do Stanów przez Hiszpanię i Portugalię, ze szwajcarskim paszportem. Jego testament przechowywano w Paryżu, gdzie pogrzebał syna (zmarłego przed 30-ką) i gdzie leży też jego żona. U schyłku życia był multimilionerem, posiadaczem sporych połaci ziemi w Kalifornii, Argentynie i koza wie, gdzie jeszcze. Po jego śmierci pojawił się poważny problem. Polskiego bohatera należałoby oddać Polsce, ale Polska w tym czasie była najpierw Generalną Gubernią, a potem, zasadniczo, republiką radziecką. Roosevelt zdecydował, że szczątki Paderewskiego wrócą do ojczyzny, gdy ojczyzna odzyska wolność. Tymczasowo złożono go w miejscu, którego nazwę zrozumiałem ze słuchu jako &quot;baza US Marines&quot; lub &quot;baza USS Maine&quot; &apos;o__O;&lt;br /&gt; Za czasów JFK sprawa wypłynęła ponownie. O Paderewskiego upomniał się rząd Polski Ludowej i to poprzez swojego ambasadora w Stanach, dość jednoznacznie sugerując, że skoro Jankesi honorują istnienie PRL-u i utrzymują stosunki, to chyba no problem, Uncle Sam? Kennedy też odmówił wydania zwłok, zresztą równie poważne kontakty dyplomatyczne utrzymywał z polskim rządem na uchodźstwie.&lt;br /&gt; W 1962 testament kompozytora podano do wiadomości publicznej. W efekcie wielomilionową fortunę skonsumował z mlaśnięciem rząd w Londynie(!), a żyjący jeszcze przyrodni brat dostał po Paderewskim fraki i koszule. Część majątku trafiła do siostry (rodzonej) wirtuoza, która posłużyła (chyba) londonersom za kartę przetargową. &lt;br /&gt; Biorąc przykład z wrażych imperialistów, polscy Sowieci znaleźli w stanach architekta nazwiskiem Paderewski, który miał poprzeć ich roszczenia do zwłok.&lt;br /&gt; Mark zdobył do tego czasu wystarczająco wiele poważnego materiału, żeby występować w sprawie jako świadek i nie wyobrażał sobie nawet, że mógłby tego nie zrobić. Odwiedził również pana architekta, który pokazał mu, na poparcie swoich roszczeń, swoje drzewo rodowe z dodanym kompozytorem wraz z rodzicami, w rogu arkusza, bez żadnych powiązań z resztą diagramu. Pokazał też swój herb rodowy, herb Paderewskich. I tutaj Mark go jawnie obśmiał. Ignacy nie posługiwał się żadnym herbem, bo jego ród był jak najbardziej plebejski.&lt;br /&gt; Mając już niezłą wprawę w robieniu propagandy a przy tym bardzo pragnąc zgarnąć czcigodne zwłoki, rząd PRL uzasadniał swoje roszczenia rzekomymi ostatnimi słowami wirtuoza. &quot;Moje ciało pochowajcie w kraju, a serce w Ameryce&quot;. Poprzez swoje osobiste znajomości z ludźmi, którzy w ostatnich chwilach Paderewskiemu towarzyszyli, Mark zna wersję prawidłową. &quot;Podajcie mi lampkę szampana&quot;.&lt;br /&gt; Jeszcze raz sprawa wróciła w epoce Lecha Wałęsy, którego personaliów Mark nie był niestety w stanie wypowiedzieć choćby w połowie tak poprawnie jak Wojtka Matuszewskiego. Otóż, gdy prezydent USA (chyba Buszmen senior) zwrócił się do niego w sprawie przeniesienia zwłok, Wałęsa miał odpowiedzieć, że słowa Roosevelta są pamiętane, a Polska nie jest jeszcze wolna.&lt;br /&gt; Ostatecznie Paderewski do kraju powrócił. Pochowano go Krakowie, jak mówi Mark (faktycznie w Warszawie), między grobami dwóch ludzi, którzy w kraju wzbudzają głównie pogardę. Serce, zgodnie z rzekomym ostatnim życzeniem, wycięto. Zostało w USA. Przez dłuższy czas zalegało w prosektorium. Wreszcie wpadł na nie przypadkiem fan Paderewskiego i złożył je pod kapliczką katolickiego kościoła w Pensylwanii (chyba, że znowu coś pokręciłem).&lt;br /&gt; Jakaż szokująca odmiana po Neoyorquinkach z Midtown, które nie miały pojęcia &quot;Where in the world is South&quot; czy pani finansistce, która nie miała pojęcia, jak działa konto, które osobiście rejestruje. Cóż, jeśli Mark nie jest mitomanem, a zbyt prędko takiej tezy bym nie wysuwał, to ma dwie magisterki i jeden doktorat (na poparcie jednego z nich miał konkretną wiedzę na temat instrumentów pochodnych, którą sypnął mi po oczach dowiedziawszy się, jakiego rodzaju biznes prowadzi mnie do Londynu), więc stan jego wiedzy o świecie i współczynnik kontaktu z bazą od USAńskich standardów ma jak najbardziej prawo odbiegać dowolnie daleko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Chociaż moja relacja z opowieści staruszka, który pokazał lekarzom, co ma pod maską (13 lat temu wycenili go na pół roku - skojarzenie rodzinne nasunęło mi się automatycznie, ale chyba nawet w bardzo naiwnych pretekstach do robienia sobie nadziei warto zachować umiar), jest niewątpliwie niedokładna, pocięta i na pewno w niejednym miejscu przekłamana przez mój translator angielskawego, to coś mi z tyłu czaszki jazgocze, żebym nie dopuścił do takiego mojego standardowego zapomnienia, gdy sprawa odłożona na bok na chwilę, niezależnie od swojej powagi, błyskawicznie przestaje istnieć, a wraca dużo za późno, zwykle z cuchnącym poczuciem winy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I jest to kolejny temat który zdaje się konkretnie mnie zmuszać do utrwalenia słowem. Co jest o tyle ciekawe, że ostatnio do takiego musowego pisania przystąpiłem pod wpływem natłoku emocji i wrażeń po wizycie w Auschwitz-Birkenau (wyszło tak samo, zaraz po samym zdarzeniu wsiadłem do pociągu i spędziłem podróż na pisaniu).&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; 20.V&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Powód dodatkowy jest taki, żebym przypadkiem nie wyrzucił wizytówki Marka. Dał mi ją po to, żebym do niego napisał maila i podał swój adres, e, fizyczny. Na ten adres, jeśli Mark dożyje powrotu z Grenlandii, gdzie się właśnie wybierał jako dorywczy (były?) korespondent &quot;The New American&quot;, pójdą pocztą stosy pożółkłych papierów. Archiwalne gazety (lub wycinki, mogłem, jak zwykle, źle zrozumieć) opisujące ową przepychankę o Paderewskiego na bieżąco. Zapis i pamiątka. mogą tam też się znaleźć dokumenty, że tak powiem, z pierwszej ręki Zastanawiam się, której instytucji najlepiej byłoby w takim przypadku coś takiego przekazać (muzeum? Narodowe w Wawie czy coś skromniejszego?), bo przecież osobiście nie mam nawet możliwości, żeby o historyczne materiały zadbać należycie - ani miejsca na to w Irlandii (zwłaszcza miejsca suchego) ani, niestety, i w Polsce. No i, jeśli przypadkiem mają wartość historyczną, to przecież bez czapy byłoby je trzymać prywatnie.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Przy okazji smażenia maila zerknąłem po Wiki za panem Ignacym. Cóż się okazało?&lt;br /&gt; Tymczasowy grób pana premiera był na wielkim wojskowym cmentarzu pod Waszyngtonem, obok lub wewnątrz znajdującego się tam mauzoleum ku pamięci marynarzy z USS Maine.&lt;br /&gt; Serce Paderewskiego faktycznie złożono, obudowane brązową rzeźbą, w kaplicy NMP w Pensylwanii (zdążyłem już zapomnieć konkretną nazwę wiochy). Wspomina o tym tylko Wiki anglojęzyczna.&lt;br /&gt; W Polsce złożono go nie w Krakowie, a w Warszawie, w krypcie archikatedry św.Jana, gdzie leży też król Staś (pierwszy z infamusów, jak sądzę) i generał Sosnkowski (którym niektórzy Polonusi gardzą za prorosyjskość przed wojną i opozycję wobec planów Powstania Warszawskiego potem). To chyba o nich chodziło. W tej samej krypcie leży też Narutowicz, Mościcki i inne podobne persony, wliczając stolnika koronnego, który wziął udział w udanej wyprawie do Moskwy po koronę carów, więc nie jest chyba tak strasznie, jak to opisywał Mark.&lt;br /&gt;Ignacy Paderewski mógł posługiwać się herbem, z pewnością jednak innym niż pan architekt - był lordem korony brytyjskiej. Nawiasem mówiąc, nic nie wiem o późniejszych muzykach, którzy dostaliby coś więcej niż &quot;sir&quot;, ale w końcu pan wirtuoz był też premierem, marszałkiem sejmu i tak dalej...&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Jeśli dobrze zrozumiałem intencję Marka w temacie papierów, faktyczny przebieg afery ze schedą powinienem poznać, gdy dorwę papiery - bo na 90% pokręciłem i pomieszałem kompletnie różne wątki (w Bołingach Rynaira jest paskudnie głośno), a na Wiki nic na ten temat nie ma (a że miałem dziś normalny dzień pracy, to i nie bardzo miałem czas szperać dalej).&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Czy to dobrze, że nie mogę się nadziwić?&lt;br /&gt; Że dzieją się takie rzeczy, że w pół roku zrobiłem samolotami chyba już długość Równika i wpadłem przypadkiem na tego jankeskiego dziadka, że mogę mieć okazję dotknąć małych bo małych, okruchów bo okruchów, ale jakby nie patrzył, Historii przez wielkie Ha, i to w sposób, jakiego nie zastąpi wizyta w muzeum czy u pomnika. Trochę jak czytać o dinozaurach, a dotknąć skamieniałej kości.&lt;br /&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt; Hobbit, *kurwa*, w Gondorze o___O;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/22603.html</comments>
  <category>przypadek?</category>
  <category>paderewski</category>
  <category>ryanair</category>
  <lj:music>The March Of The Black Queen</lj:music>
  <lj:mood>grateful</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/22488.html</guid>
  <pubDate>Sun, 18 May 2008 23:53:05 GMT</pubDate>
  <title>Meh new albumsies</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/22488.html</link>
  <description>Kufta. Pragnę i pożądam takiego konwertera RAW-&amp;gt;JPG, który mi nie zeżre kolorów. Zna ktoś taki? o_O;
&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;
&lt;fieldset style=&quot;width:0;&quot;&gt;&lt;legend style=&quot;font-size: 12px&quot;&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/20080502Zwiesna&quot;&gt;Zwiesna!&lt;/a&gt;:

&lt;/legend&gt;&lt;nobr&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/20080502Zwiesna/photo#5201431639929566882&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh6.ggpht.com/akseiya/SC8yhKV6tqI/AAAAAAAAE5Q/RQXgsNQ1AFQ/s144/REB_20080502_2011.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; 

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/20080502Zwiesna/photo#5201431618454730386&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh5.ggpht.com/akseiya/SC8yf6V6tpI/AAAAAAAAE5I/hKC4D9m_Yjo/s144/REB_20080502_2015.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/20080502Zwiesna/photo#5201431798843356978&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh3.ggpht.com/akseiya/SC8yqaV6tzI/AAAAAAAAE6c/dFqk9M53GvM/s144/REB_20080502_2057.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;/nobr&gt;&lt;/fieldset&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;
&lt;fieldset style=&quot;width:0; vertical-align: top&quot;&gt;&lt;legend style=&quot;font-size: 12px&quot;&gt;

&lt;a href=&quot;&quot;&gt;Wojenna Piła&lt;/a&gt;:

&lt;/legend&gt;&lt;nobr&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/20080505BackToTheCityOfWarSaw/photo#5201437498264959106&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh6.ggpht.com/akseiya/SC832KV6uII/AAAAAAAAE9I/SGb5iYdX4fE/s144/REB_20080505_2149.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/20080505BackToTheCityOfWarSaw/photo#5201438245589268722&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SC84hqV6uPI/AAAAAAAAE-I/COcWtFGzfNk/s144/REB_20080505_2159.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/20080505BackToTheCityOfWarSaw/photo#5201438090970446034&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SC84YqV6uNI/AAAAAAAAE90/RuJIymsteYI/s144/REB_20080505_2156.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;/nobr&gt;&lt;/fieldset&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;
&lt;fieldset style=&quot;width:0; vertical-align: top&quot;&gt;&lt;legend style=&quot;font-size: 12px&quot;&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/2008051214LondonJpg&quot;&gt;Hauling, de werwolf&lt;/a&gt;:

&lt;/legend&gt;&lt;nobr&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/2008051214LondonJpg/photo#5201425386457182594&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh6.ggpht.com/akseiya/SC8s1KV6sYI/AAAAAAAAEvA/elhbIn5VVT4/s144/REB_20080513_2295.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/2008051214LondonJpg/photo#5201425154528948338&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SC8snqV6sHI/AAAAAAAAEs0/Qqz4QCGRvBQ/s144/REB_20080512_2286.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.pl/akseiya/2008051214LondonJpg/photo#5201425326327640370&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SC8sxqV6sTI/AAAAAAAAEuY/xSveW8Bs5z0/s144/REB_20080512_2289.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;/nobr&gt;&lt;/fieldset&gt;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/22488.html</comments>
  <category>warsaw</category>
  <category>london</category>
  <category>spring</category>
  <lj:music>Morion</lj:music>
  <lj:mood>content</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/22037.html</guid>
  <pubDate>Sat, 17 May 2008 12:05:16 GMT</pubDate>
  <title>Ajryś #22, Połlyś #666 - Zwiesna</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/22037.html</link>
  <description>&lt;font size=&quot;2&quot;&gt;Korporacyjny rozum. Temat - rzeka.&lt;br /&gt;&lt;/font&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;Oj... &quot;&gt;&lt;font size=&quot;2&quot;&gt;Jeden z podstawowych pomysłów na oszczędności w mojej firmie (konieczne z tytułu śmierci dolara) to było przejście już nawet nie na 2 strony wydruku na arkusz, ale skalowanie 1:2. Pomysł podali ludzie, którzy kolorowe wydruki widzą tylko wtedy, gdy dostają coś na papierze od wysokiego zarządu, kadr lub finansów.&lt;br /&gt;Koleżanka z Finansów wydrukowała dla mnie i kolegi plany podróży i potwierdzenia rezerwacji na poniedziałkową podróż do Londynu. W kolorze. Z Ryanaira. Strona Ryanaira wygląda jak choinka w domu, którego gospodyni ma wyjątkowo zredukowane poczucie dobrego smaku. Wydruczek był oczywiście jednostronny. Przez chwilę podziwiałem śliczność wydruku, patrząc zarazem znacząco na kolegę, ciekaw, czy i jemu skacze gula na widok tego baroku.&lt;br /&gt;Do zaakceptowania wydatków wystarczy oczywiście draft maila od przewoźnika z numerem referencyjnym. A kluczowy dla rozliczeń nr VAT i podobne dyrdymały są w mailu lepiej widoczne niż na stronie, nawet jeśli się go druknie w minimalnej jakości, 1:2.&lt;br /&gt;Jeśli to tak ma wyglądać, to może i ja się zatrudnię w myjni czy coś... w końcu - przy takim rozumieniu oszczędności - albo zaczną nas rozliczać z powietrza pochłoniętego z firmowej wentylacji, albo firma w końcu zdechnie na ciężką głupotę.&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;font size=&quot;2&quot;&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Środa 7.V - niebo czyste jak gdzieś na kontynencie, ponad +20°C, &lt;/font&gt;&lt;a name=&quot;cutid2&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;I inne takie pierdoły... &quot;&gt;&lt;font size=&quot;2&quot;&gt;mnóstwo szczypiorkowo wesołej zieleni świeżo wypuszczonych liści, która wreszcie, przynajmniej gdzieniegdzie, złamała niepodzielną dotychczas dominację ciemnej, poważnej i upartej zieleni wszechobecnego bluszczu na tle przemęczonej zieleni trawy. Droga na północ w sporej części zamieniła się w ogrodową aleję. Najwyraźniej Eriu wyczuła mój nagły zachwyt polską wiosną i fuknąwszy z lekka postanowiła mi pokazać, że tyż śliczna, a co! (specjalnie dla mnie, ofkors, a za dzień-dwa zapewne się nagle okaże, że nie dla psa kiełbasa, jakaś miesięczna misja za ocean czy coś...). Oczywiście, z tej okazji nie udało mi się znaleźć w autokarze miejsca po prawej stronie i ze zdjęć nagłego wybuchu zieleni wyszło bardzo niewiele, przynajmniej jeśli chodzi o zieleń rozbuchaną poza najbliższą okolicą Hali Armaciakowej.&lt;br /&gt;Nagły zachwyt polską wiosną... ciekawe, co zrobiłaby mi kobieta, której piękno urzekłoby mnie po trzydziestym spotkaniu albo po trzydziestu wspólnych latach. W The Majowy Czwartek nagle i zza winkla uderzyły mnie po oczach do niemożliwości obsypane kwieciem wiśnie, sypiące płatkami jak śniegiem na trawniki i ławki. Efekt, zwłaszcza w rozproszonym i łagodnym świetle, piorunujący. Rozkwiecenie było tak puszyste, że Canonek nie dawał rady łapać ostrości, albo po prostu znowu zapomniałem wyłączyć ręczne ostrzenie i z ekscytacji nawet tego nie zauważyłem. Zarazem, na moim starym podwórku zazieleniło się tak soczyście i intensywnie, że nawet wiśnie miały widoczny, zielony odcień, a pod drzewkami siedziało się na ubielonych płatkami ławkach w zielonym cieniu. Żeby tak jeszcze było to dobrze widoczne na fotach...&lt;br /&gt;Zgromadziła się w stolicy cała nasza rodzinna czwórka z przyległościami, a że ślicznie dokoła było i pamiętałem przy tym, jak w stosunku do reszty świata zwykło wyglądać podwórko i ogródek mamy, dotąd cisnąłem na jak najwcześniejszy wyjazd na wieś, aż się wszyscy zgodzili. Szczęśliwie, w zgodzie z moim egoistycznym interesem estetycznym był nieco mniej egoistyczny interes rodzinny - The Pierwszy Prawdziwy Siostrzeniec miał wreszcie poznać swoich pradziadków. Z tejże okazji w piątek, zanim jeszcze wyjechaliśmy ze stolicy, solidnie lunęło i do późnej nocy tak już zostało. Chmurzyska tak przyciemniły okolicę, że nawet plenerowe zdjęcia na minimalnej przysłonie wyszły poruszone (ręce alkoholika to dla samozwańczego fotografa zaiste klęska). A jak nieporuszone to zakroplone, bo kaptura na obiektyw jak nie miałem, tak nie mam.&lt;br /&gt;Teraz czaję się na sójcze pisklęta, bo para, której w końcu nie udokumentowałem należycie zeszłego roku, wróciła gniazdować pod mamusinym dachem. Chyba, że to inne _^_&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;font size=&quot;2&quot;&gt;&lt;br /&gt;O, Ironio.&lt;br /&gt;&lt;/font&gt;&lt;a name=&quot;cutid3&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;Read more...&quot;&gt;&lt;font size=&quot;2&quot;&gt;Cokolwiek stało mi się w oczy i mózg z okazji emigracji, działa... dziwnie. W końcu widziałem to wszystko już stopińdziesiąt razy. Niemożliwe, żeby przez ponad dwadzieścia poprzednich lat, które jako tako pamiętam, nie było wiosny co najmniej równie ładnej, jeśli nie ładniejszej, a majówkę zdarzało mi się spędzać w miejscach jeszcze bukoliczniej zielonych niż Włochy - chociażby taka Komornica, położona centralnie w... lesie i do tego jeszcze nad Zegrzem. Fakt, że gdy wspominam spacer na zaporę czy stadne wyjście do autobusu, to kojarzę też jakieś ołowiane chmurzyska i kiepską widoczność nad Zalewem, ale z trzeciej strony wtedy, gdy zabrakło mi paru centymetrów do wjechania spirytowym Daewoo w cysternę z benzyną, na pewno było słonecznie i ciepło.&lt;br /&gt;Fakt, że w ogród mojej rodzicielki hojnie sypie okazjami na ładne zdjęcia, to też nie jest jakieś moje najnowsze odkrycie, pierwszą sesję miał jeszcze na początku mojego biegania z idiotenkamerą Olympusa. Ale to dopiero teraz podróż na wieś spędziłem w większości przyklejony do okna, dopiero teraz deszcz w bieganiu z aparatem przeszkadzał mi tylko o tyle, że zakrapiał obiektyw.&lt;br /&gt;O co tu właściwie chodzi? Jakieś sprzężenie zwrotne (z czasem, spędzanym gdzie indziej ze łbem w monitorze, w roli głównej)? Czy jednak specyficzny nieboskłon Donegalu - zwykle mniej lub bardziej wypełniony chmurami ocierającymi się o pagórki, często groźny lub wybitnie ślicznisty, a zawsze nachalnie się narzucający? Hem.&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/22037.html</comments>
  <category>spring</category>
  <lj:music>XIII</lj:music>
  <lj:mood>relaxed</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/21807.html</guid>
  <pubDate>Thu, 01 May 2008 05:49:52 GMT</pubDate>
  <title>Ajryś #21: Lizbona albo Wszyscy Zginiemy™!</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/21807.html</link>
  <description>&lt;p&gt;Od dłuższego już czasu znajduję w drzwiach ulotki na temat Traktatu Lizbońskiego. Najpierw doinformowywała mnie Sinn Fein, również przy okazji Wielkanocy (dla nich to przede wszystkim okazja do uczczenia uczestników Powstania Wielkanocnego i przypomnienia, że Prawdziwy Irlandczyk nosi w Wielkanoc Białą Lilijkę Na Cześć Powstańców). Potem, już po prostu z okazji upływu czasu, do grona pedagogicznego dołączyła organizacja Libertas. Było to o tyle strawniejsze, że Sinn Fein, jako partia narodowa (i, co gorsza, socjalistyczna), ma u mnie minusa, czy raczej jestem do niej uprzedzony. Niestety, pochodzę z kraju, gdzie ugrupowania narodowe to głównie&amp;nbsp;dość jawni i zdecydowani faszyści pod różnymi ładnymi nazwami.&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;Ponieważ jednocześnie w Polsce toczyła się polityczna batalia na wysokich szczeblach, zainteresowałem się sprawą cokolwiek bliżej.&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;Tiki tiki poli tyki&quot;&gt;&lt;p&gt;W Irlandii, jako prawdopodobnie jedynym kraju Unii, ratyfikacja traktatu lizbońskiego będzie przedmiotem referendum - bo u nich nie ma znaczenia, czy się to nazywa &quot;Konstytucja Unii&quot; czy &quot;Traktat Lizboński&quot; - dopóki dany układ ma wpływ na sposób rządzenia państwem, musi być aklamacja w referendum. Numer, który bezproblemowo został łyknięty przez Polskę i nie tylko, tutaj nie przejdzie - ratyfikowanie bez zgody populacji byłoby niekonstytucyjne. Gwoli ścisłości, Numer polega na tym, by pchnąć niedorobioną konstytucję europejską jeszcze raz, tylko zamknąć paszcze obywatelom przez zmianę opakowania - co gorsza, ponieważ ani politycy, ani społecznicy nie&amp;nbsp;wydają się&amp;nbsp;w stanie wytłumaczyć, o co tak właściwie w tym traktacie chodzi, najprawdopodobniej nasi rządziciele ze skutków swojej bitwy o prestiż rozliczeni nie zostaną.&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;Poprzednio Irysi referowali&amp;nbsp;sprawę słynnej Nicei, co to albo ona albo śmierć. Za pierwszym razem głosowali na &quot;Nie&quot;. Po czym rząd postanowił dać narodowi szansę poprawić swoje nieakceptowalne zachowanie i zorganizował drugie referendum w tej samej sprawie.&amp;nbsp;Tym razem premier nie&amp;nbsp;tłumaczył tuż przed głosowaniem, że głos na &quot;Nie&quot; to Zuo™, antyeuropejskość, sodomia i gomoria, więc naród niezbyt jednomyślnie, ale przegłosował na &quot;Tak&quot;.&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;Aktualne prognozy znajomych Irysów są takie, że traktat zostanie ratyfikowany po&amp;nbsp;n-tej rundzie referendum, które będzie powtarzane tak długo, aż rzesza obywateli, przeciwnych proponowanej treści i formie&amp;nbsp;europejskiej konstytucji, zmęczy się ciągłym bieganiem do urn i zostanie w domu, a w tym czasie jej zwolennicy spokojnie zapewnią właściwy i prawidłowy rezultat głosowania (wg aktualnych sondaży,&amp;nbsp;opinia&amp;nbsp;w narodzie rozkłada się mniej więcej po równo między&amp;nbsp;&quot;Tak&quot;, &quot;Nie&quot; i &quot;Nie wiem&quot;, przy czym to ostatnie uważam za symptomatyczne). Przypomnia się słynne &quot;przypadkowe społeczeństwo&quot;... i oczywiście zasada zgodności teorii z faktami, wg. której - jeśli fakty nie potwierdzają Słusznej Teorii, to tym gorzej dla faktów.&lt;/p&gt; &lt;p&gt;Lizbona do wejścia w życie wymaga jednomyślnej ratyfikacji wszystkich członków Unii. Wszyscy członkowie poza Irlandią załatwiają sprawę ponad głowami elektoratu, a zatem całkiem prawdopodobne irlandzkie &quot;Nie&quot; będzie&amp;nbsp;głosem wołającego na puszczy, odosobnionym krzykiem&amp;nbsp;rozumu (mędrszego czy głupszego -&amp;nbsp;nie wiem, bo sam nie bardzo rozumiem Traktat) wśród chóralnego beczenia owiec.&lt;/p&gt; &lt;p&gt;Jedyna partia w tym kraju, która oficjalnie&amp;nbsp;sprzeciwia się Lizbonie, to Sinn Feinn (jeśli przypadkiem ktoś jeszcze&amp;nbsp;nie wie, to jest to polityczne ramię IRA tudzież tutejsi nacjonaliści). Na scenie politycznej jest cokolwiek na uboczu. A okazuje się, że w temacie Lizbony&amp;nbsp;jej zdanie podziela&amp;nbsp;trzecia część&amp;nbsp;populacji. Sinn Fein i organizacja &quot;Libertas&quot; rozpowszechniają ulotki, gdzie konkretnie, punkt po punkcie, tłumaczą, dlaczego Lizbonę należy odrzucić - w jaki konkretnie sposób ten traktat zaszkodzi Unii w ogóle i Irlandii w szczególe, a przynajmniej -&amp;nbsp;które efekty traktatu autorzy ulotek uważają za szkodliwe.&lt;/p&gt; &lt;p&gt;Rząd w najnowszych komunikatach (poważny i ponury artykuł z wielkim nagłówkiem &lt;i&gt;Taoiseach warns No to Lisbon would be &apos;disaster&apos;&lt;/i&gt;&amp;nbsp;na pierwszej stronie &lt;i&gt;The Irish Times&lt;/i&gt;&apos;a)&amp;nbsp;sypie typowymi propagandowymi pierdołami: &quot;Musimy spoważnieć! Siedząc w domach nie wygramy! Chodźmy wszyscy głosować na &quot;Tak&quot;, bo ci niedobrzy antylizbońcy nas przegłosują! Unia jest kluczowym wsparciem dla społeczeństw agrokulturowych, więc Irlandia jako pierwsza powinna jednogłośnie poprzeć Lizbonę!&quot; (w największym skrócie: &quot;Lizbona albo Wszyscy Zginiemy™!!!&quot;). A tu kupa. Nie dość, że ta agrokulturowość jest&amp;nbsp;najwyraźniej niewystarczająca, to jeszcze nie wydaje się podzielać panapremierowej wiary w oczywiste oczywistości.&amp;nbsp;Agitację na &quot;Tak&quot; prowadzą niektóre&amp;nbsp;organizacje farmerów, ale&amp;nbsp;wpływ mają mniejszy, niżby tego chciały -&amp;nbsp;nawet wśród rolników są w mniejszości, bo tak się smutno złożyło, że&amp;nbsp;unijni negocjatorzy ostatnio mocno nadstawili zadu Światowej Organizacji Handlu, w&amp;nbsp;związku z czym dogmat niezmiennie cudownego wpływu unijnej polityki na&amp;nbsp;farmerski dobrobyt&amp;nbsp;został przez&amp;nbsp;irlandzkich rolników postawiony pod znakiem zapytania. Sposobów, w jakie niezadowoleni kartoflersi mogą wyrazić swoją dezaprobatę, nie ma zbyt wiele. Jest zatem prawie pewne, że ich głos w referendum będzie w istocie komunikatem &quot;radzicie sobie zbyt kiepsko, żebyśmy chcieli wam dać jeszcze więcej władzy&quot;.&amp;nbsp;Nie doczytałem się niestety ani jednego konkretnego powodu, dla którego Lizbona owe unijne korzyści dla rolników miałaby zachować czy powiększyć, a nie zredukować. Zero konkretów &quot;za&quot;.&amp;nbsp;Oczywiście, moja logika polityczna&amp;nbsp;(oparta na Paradygmacie Maksymalnego Kurewstwa™)&amp;nbsp;każe się spodziewać, że jednym z najważniejszych celów Lizbony jest solidne wydymanie prounijnych rolników (gwoli ścisłości, wziąwszy pod uwagę dotychczasową unijną politykę rolną, bez której większość europejskich upraw nie ma racji bytu, zadziwiające jest, że nie każdy rolnik o IQ powyżej 30 jest żarliwym euroentuzjastą).&amp;nbsp;Swoją drogą, że przez tyle lat od Nicei irlandzcy politycy nie porzucili Drogi Obamy (jak to rzekła pani Clinton w Teksasie, &quot;All hat and no cattle&quot;), jest dla mnie sprawą niepojętą.&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;Oczywiście, rozumiem, że Traktat Lizboński jest próbą odpowiedzi UE na zmieniające się warunki zewnętrzne i wewnętrzne (w tym również konsekwentnie malejące zainteresowanie obywateli polityką XP). Sęk w tym, że ta odpowiedź jest w większości niezrozumiała, a tam gdzie zrozumiała jest,&amp;nbsp;byłbym skłonny&amp;nbsp;ją streścić jako&amp;nbsp;&quot;więcej władzy do Brukseli bo tak&quot;. Co&amp;nbsp;dyskwalifikuje IMHO ową odpowiedź bez względu na stopień zamierzonej szlachetności i sprawiedliwości części niezrozumiałej. Inna rzecz, że&amp;nbsp;sam sposób przepychania tej idei (de facto europejskiej konstytucji)&amp;nbsp;- tylnymi drzwiami&amp;nbsp;na siłę i udając, że nic się nie dzieje&amp;nbsp;-&amp;nbsp;sam z siebie wystawia jej ocenę poniżej niedostatecznej: nic, co miałoby jakąś istotną, pozytywną&amp;nbsp;wartość dla zainteresowanych (obywatele państw członkowskich), nie wymagałoby drogi legislacyjnej pozwalającej zdanie owych zainteresowanych aż tak dokumentnie zignorować.&amp;nbsp;A i opcjonalność Karty Praw Podstawowych ma wymowę bardzo jednoznaczną.&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;Co gorsza, zadano już Lizbonie &lt;i&gt;coup de grace&lt;/i&gt;. Zrobił to Pan Płozydęt Wszech Wolaków, zapowiadając warunkowe poparcie (najlepsze w tym jest &quot;podpiszę zaraz po ustawie kompetencyjnej&quot; - nie dość, że szantażyk rodem z kiepsko zintegrowanej piaskownicy, to przecież Bliźniak Mniejszy nie poznałby kompetencji, choćby wyskoczyła z krzaków i kopnęła go w dupę). &lt;/p&gt;  &lt;p&gt;O detale dotyczące znaczenia i skutków Lizbony, przynajmniej dla Irlandii, postanowiłem dopytać kumpla, bo w końcu jestem tu nowy i mogłem przegapić jakąś kampanię informacyjną na temat dodatnich plusów Traktatu.&amp;nbsp;Nadmieniam, że Peter dość dobrze trzyma Kontakt&amp;nbsp;Z Bazą™, śledzi bieżącą politykę i stara się ją w potrzebnym zakresie rozumieć (itd., itd.).&lt;/p&gt; &lt;blockquote dir=&quot;ltr&quot; style=&quot;margin-right: 0px;&quot;&gt;&lt;i&gt;Actually, this message from Taoiseach is something like &quot;&lt;/i&gt;Let&apos;s all vote &apos;Yes&apos; or those bad &apos;No&apos;-voters will outvote us&lt;i&gt;&quot;. No reasoning why it should be so, no explanation, just plain and blatant agitation. Blah.&lt;br /&gt;XQz me, but does anybody on the &apos;Yes&apos;-side ask what is actually the benefit from Lisbon for agricultural communities? o__O;&lt;br /&gt;BTW -&amp;nbsp;do you know what do &apos;Yes&apos;-side activists say would be good reasons for agreeing with them?&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt; &lt;p&gt;Odpowiedź wyrwała mnie z butów, nie wątpię zresztą, że taki był jej cel:&lt;/p&gt; &lt;blockquote dir=&quot;ltr&quot; style=&quot;margin-right: 0px;&quot;&gt;&lt;i&gt;I just spent 45 minutes reading the (&quot;impartial&quot;) Referendum Commission&apos;s explanation of the Lisbon Treaty. It&apos;s much clearer now: I think it&apos;s something to do with the E.U. I&apos;ll read it again and let you know for sure.&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt; &lt;p&gt;Po solidnym sparskaniu zapoznałem się z owymi objaśnieniami osobiście.&lt;/p&gt; &lt;p&gt;Są racjonalne, obszerne, szczegółowe i precyzyjne.&lt;/p&gt; &lt;p&gt;Niestety, nic konkretnego z nich nie wynika. Należało zadowolić się streszczeniem Petera.&lt;/p&gt; &lt;p&gt;Z&amp;nbsp;ulotki &quot;Libertas&quot;&amp;nbsp;wyczytałem za to coś, co pozwala mi w jakimś stopniu rozumieć ognisty entuzjazm, z jakim pan premier Bertie Ahern namawia swych rodaków do poparcia Lizbony. Otóż,&amp;nbsp;zdaniem pana Aherna,&amp;nbsp;najpewniejszym kandydatem na pierwszego Prezydenta Europy jest&amp;nbsp;pan Bertie Ahern z Irlandii, aktualnie premier (nie, żebym słyszał o jakichkolwiek sygnałach z Brukseli, że są ku temu jakieś realne przesłanki). Dalibóg, te zbiegi okoliczności wpędzą mnie kiedyś w paranoję.&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/21807.html</comments>
  <category>bertie ahern</category>
  <category>Traktat Lizboński</category>
  <category>sinn fein</category>
  <lj:music>&quot;The Lifeboat Mona&quot;</lj:music>
  <lj:mood>dorky</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/21677.html</guid>
  <pubDate>Sat, 19 Apr 2008 17:17:10 GMT</pubDate>
  <title>Moar shotz</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/21677.html</link>
  <description>&lt;h3&gt;New albums:&lt;br /&gt;&lt;/h3&gt;

&lt;fieldset style=&quot;width:0;&quot;&gt;&lt;legend style=&quot;font-size: 12px&quot;&gt;

	&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080409AWalk&quot;&gt;YAWWATT (Yet Another Wee Walk Around The Town) on 9th Apr&lt;/a&gt;:

&lt;/legend&gt;&lt;nobr&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080409AWalk/photo#5190694533352659570&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh3.ggpht.com/akseiya/SAkNLTYMGnI/AAAAAAAAEPM/dX87SRAzlrc/s144/REB_20080409_1680.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080409AWalk/photo#5190694795345664690&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SAkNajYMGrI/AAAAAAAAEPw/09NeCs8iEFo/s144/REB_20080409_1688.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080409AWalk/photo#5190695083108473554&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh3.ggpht.com/akseiya/SAkNrTYMGtI/AAAAAAAAEQA/eMAthukS8rs/s144/REB_20080409_1690.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;/nobr&gt;&lt;/fieldset&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;
&lt;fieldset style=&quot;width:0; vertical-align: top&quot;&gt;&lt;legend style=&quot;font-size: 12px&quot;&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080411TheCityOfWarsaw3&quot;&gt;Roving again (in the City Of Warsaw)&lt;/a&gt;:

&lt;/legend&gt;&lt;nobr&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080411TheCityOfWarsaw3/photo#5190700688040795426&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SAkSxjYMHSI/AAAAAAAAEUo/QuqQhhppOxE/s144/REB_20080411_1736.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080411TheCityOfWarsaw3/photo#5190701611458764306&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh3.ggpht.com/akseiya/SAkTnTYMHhI/AAAAAAAAEWk/McwXMGnJXww/s144/REB_20080411_1752.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080411TheCityOfWarsaw3/photo#5190702071020265106&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh6.ggpht.com/akseiya/SAkUCDYMHpI/AAAAAAAAEXo/OxooK5uYaFk/s144/REB_20080411_1778.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;/nobr&gt;&lt;/fieldset&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;
&lt;fieldset style=&quot;width:0; vertical-align: top&quot;&gt;&lt;legend style=&quot;font-size: 12px&quot;&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080413&quot;&gt;Back to Dublin (more clouds and such stuff again)&lt;/a&gt;:

&lt;/legend&gt;&lt;nobr&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080413/photo#5190705515584036706&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SAkXKjYMH2I/AAAAAAAAEZQ/RTYjkTddNdw/s144/REB_20080413_1786.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080413/photo#5190706086814687362&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh5.ggpht.com/akseiya/SAkXrzYMIII/AAAAAAAAEbg/6gqy7kvE9DM/s144/REB_20080413_1804.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080413/photo#5190706481951678882&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh5.ggpht.com/akseiya/SAkYCzYMIaI/AAAAAAAAEd0/eyrKF50FKIk/s144/REB_20080413_1822.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;/nobr&gt;&lt;/fieldset&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;
&lt;fieldset style=&quot;width:0; vertical-align: top&quot;&gt;&lt;legend style=&quot;font-size: 12px&quot;&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080414&quot;&gt;London after midnight, London after dead&lt;/a&gt;:

&lt;/legend&gt;&lt;nobr&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080414/photo#5190658975318415042&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh3.ggpht.com/akseiya/SAjs1jYMFsI/AAAAAAAAEHw/t4W7qiK2emY/s144/REB_20080414_1823.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080414/photo#5190662763479570546&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh5.ggpht.com/akseiya/SAjwSDYMGHI/AAAAAAAAELM/4FvjGQzn1nc/s144/REB_20080415_1858.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080414/photo#5190663429199501506&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh4.ggpht.com/akseiya/SAjw4zYMGMI/AAAAAAAAEL0/OeRk-SuF4kc/s144/REB_20080415_1863.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;/nobr&gt;&lt;/fieldset&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;
&lt;fieldset style=&quot;width:0; vertical-align:top&quot;&gt;&lt;legend style=&quot;font-size: 12px&quot;&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080417&quot;&gt;YAWWATT on 17th Apr&lt;/a&gt;:

&lt;/legend&gt;&lt;nobr&gt;

&lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080417/photo#5190652970954134034&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh5.ggpht.com/akseiya/SAjnYDYMEhI/AAAAAAAAD-I/WqAAQC-SM0g/s144/REB_20080417_1900.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080417/photo#5190653872897266466&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh3.ggpht.com/akseiya/SAjoMjYMEyI/AAAAAAAAEAU/BBp1b1BrAw8/s144/REB_20080417_1919.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href=&quot;http://picasaweb.google.com/akseiya/20080417/photo#5190657661058422386&quot;&gt;&lt;img src=&quot;http://lh5.ggpht.com/akseiya/SAjrpDYMFnI/AAAAAAAAEHM/UwKhkGA1G-M/s144/REB_20080417_1976.JPG&quot; /&gt;&lt;/a&gt;

&lt;/nobr&gt;&lt;/fieldset&gt;

I do think some of them actually came out nicely :3</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/21677.html</comments>
  <category>warsaw</category>
  <category>city</category>
  <category>photos</category>
  <category>london</category>
  <category>letterkenny</category>
  <lj:music>Iron Maiden &quot;Powerslave&quot;</lj:music>
  <lj:mood>satisfied</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/21317.html</guid>
  <pubDate>Fri, 18 Apr 2008 00:47:14 GMT</pubDate>
  <title>Irish #20 - Mission to the Moon 2 - London After Dead</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/21317.html</link>
  <description>Is there any better conclusion to an exhausting mission than a good sleep and a good shooting?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class=&quot;ljcut&quot; text=&quot;Roar! Moar!&quot;&gt;As much as my chief problem with the Newyorkers was the primal chaos and overwhelming unruliness of the company hosting me, my chief problem in London was staying awake. I flew there from Dublin directly after a weekend in Poland, which can hardly be called a relax time (except two definitely-too-short parts of it). Two flights over most of Europe. Two lengthy car trips. More than half the Saturday acting sure and nice and bold to cheer up me pops before his cancer surgery (today). Not much sleep - it seems I might have to look for faster ways to get a credit card and switch to Ryanair in order to use my weekends properly... An evening of lots of fun but also ways too much smokes (beer is a healthy thing, mind you) - so in result, during my transfer in Dublin airport my head was already killing me.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Not for me the abundant luxuries of all-night sleep, though. The plane to take me to The Land of the Brits has been struck by a lightning before it even took off from Gatwick, so the airlines had to find another aircraft and, more importantly, the crew (which is why I sat in the plane for almost an hour between boarding and take off). Also, for the first time in more than a year, I had to wake up before 8am. It turned out to be just this little bit too much. All the day me and another QA tester (who&apos;s been living in London for last three years) were tutored through various operations, more or less painfully performed with one so-called &quot;Next generation post-trade management tool for derivatives&quot; and numerous support tools without which the bold tool would be almost perfectly useless. During those sessions I mostly focused on keeping my head straight and pretending I&apos;m quite present. Not without a success, I even managed to ask some sense-making questions and take some notes. But it was a real hell. I hardly noticed the interestingness of brokers&apos; open space ().&lt;br /&gt;In evening I woke up a bit so I went for a wee bit o&apos;sightseeing around my hotel (one of the most snobbish in the city - I really would prefer to stay in some humbler place and get the costs difference for myself). &quot;Around my hotel&quot; means more or less &amp;gt;&amp;gt;here&amp;lt;&amp;lt; [link to be added when I upload my trophies to Picasa].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I knew that if I want to take any night photos in the city, it must be now. Tuesday night was already reserved for something better and I planned to catch up with sleeping the last night of the mission.&lt;br /&gt;So, Tuesday was quite similar to Monday. Except the horrible headache from oversmoking finally departed. And the lunch was almost like one of those in NYC (fajitas). I was actually afraid about the evening. Set up a meeting with friends I haven&apos;t seen since August and it already looked like a disaster (creeping zombie is not much of an entertaining companion, you know).&lt;br /&gt;Surprisingly enough, I woke up after a shower back in the hotel, again (though I felt even more trashed then the day before). I did NOT lose my way in the Underground (its designers must have been the best customers of the local acid dealers and some time ago a friend suggested I could use &quot;Ryouga&quot; as an additional nickname) and finally the evening in Soho and a bit o&apos;Chinatown turned to be just great, including a pint of the Red Guinness and a pile of good sushi I could barely stomach (I found the price ridiculously low, I could make my company pay for us all XD). Even the rainfall was not much of a nuisance, as it was unusually warm and quiet for the Islands (I couldn&apos;t take any photos outdoors though).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;In the meantime, my colleague managed to move our departure to Wednesday, so instead of sleeping I was packing up. I start to think if I don&apos;t get promoted at the end of my probation, I&apos;m quitting this job. Being a senior tester, he became kinda in charge, so it was quick and easy to arrange the flight to fit his own interest (the change allowed him to meet his girlfriend, coming from New Zealand to live with him in Ireland, and fly with her the last stage of her journey). I wouldn&apos;t resent it too much if not for the fact in result I had to go through a short but noteworthy airport nightmare.&lt;br /&gt;We flew from Stansted to Derry. With Ryanair. With fucking Ryanair I already hate for horrible pressure jumps during flight and general discomfort so gross it definitely is note made up for by their prices (actually Aer Lingus is not so much more expensive). Train trip to Stansted wasn&apos;t bad, even though I dreamt with my eyes open and in upright position during half of it. The countryside was really nice.&lt;br /&gt;But. At the airport I went straight (well, er, almost...) to the queue to our flight&apos;s check-in desk. I was very, very tired and quite footsore already. After half an hour of queueing I was told me suitcase weighs 4 kilos too much and I need to pay an additional luggage charge of 30 pounds (!!!). And I cannot pay at the check-in desk. Just to make sure, I asked if I can pay with me Laser debit card. I really felt like asking, no ticket dispenser in London accepted Laser. At the ticket office I heard they don&apos;t accept it as well, but the nearest ATM is just across whole terminal. Mumbling some curses I trudged to and fro, just to find the clerk happily chatting with some guy. Pushing in front I managed to do my payment quickly, then queued another half-hour. Just then I saw me colleague with his luff. The time I wasted, he spent changing from the suit required in the office we worked at to some comfortable casuals. The girl at the desk asked me whether I was checking in with her.&lt;br /&gt;- No, I didn&apos;t but your colleague doesn&apos;t seem to be here.&lt;br /&gt;- Well, you need to continue your check-in at the same desk, I&apos;m afraid.&lt;br /&gt;- A&lt;b&gt;nd get through all the queue &lt;u&gt;again&lt;/u&gt;?! #=____=;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;- Er, no, just get in front. Sorry about that.&lt;br /&gt;- ...&lt;br /&gt;The flight itself was just the usual Ryanair chokablock and my ears trying to burst, concluded with properly hard landing and sharp slow-down (caught by surprise, I nearly banged my head against the seat in front of me). We landed in the middle of nowhere. It turned out there was a car booked by our company to pick us up from the airport and drop us back in Letterkenny. However, me colleague was the only one to receive the e-mail and of course he didn&apos;t confirm the lift. In result, the driver either forsook us or went to Belfast instead. His comment was short and brilliant: &quot;Typical Pramerica, a fuckup again&quot;. Well, bro, people usually confirm lifts and such stuff, just in case someone forgot something or got confused.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;After all this fun, evem our team-lead&apos;s proposition to be lax about coming early to work on Thursday, I simply took a day off. Even after sleeping till 10am I still felt like a rubbish bin heavily battered by Donegal winds. In the afternoon I recovered enough to go for yet another photo trek around Letterkenny.&lt;/div&gt; Results on Picasa soon.&lt;br /&gt;____&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Another note in English. There&apos;s got to be something wrong with me again o___O;</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/21317.html</comments>
  <category>shit</category>
  <category>zombie</category>
  <category>sleep</category>
  <category>ryanair</category>
  <lj:music>Queen, &quot;Don&apos;t Lose Your Head&quot;</lj:music>
  <lj:mood>sleepy</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/21034.html</guid>
  <pubDate>Thu, 17 Apr 2008 18:28:57 GMT</pubDate>
  <title>Irish #19 - Mission to the Moon - London After Midnight</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/21034.html</link>
  <description>Pomp, globally omnipresent (this means: the following is not a specific feature of this place) blatant commerce, some remnants of long gone, grim imperial glory and - here and there - some actual beauty. Not that I claim to have seen half a percent of what&apos;s there to see.&lt;br /&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;The city of London greeted me just the way I&apos;d expect it to. Well, not without any surprises, of course. The first one awaited me in Gatwick, before I even could steer clear off airports for the rest of Sunday (morning - a flight from Warsaw, with some lingering mists of an almost-a-hangover and sleep deprivation; evening - the flight from Dublin to Gatwick, delayed 2 hours as the aircraft intended to take us over the Irish Sea had been struck by a lightning, with a serious headache from heavy sleep deprivation and exhaustion; in result &quot;the rest of Sunday&quot; meant ~120 minutes).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;It was the railway. The Brits were the first to have steam railways (remember Stephenson&apos;s &quot;Rocket&quot;?) and kept pioneering throughout XIX and a good bit of XX century. And now, in the year 2008, a major line, connecting  two airports and the city centre, is not electrified. Stench of an old Diesel engine coming from quite modern-looking train was actually a bit of shock. Not to mention disgust. Not so intense as the stench of piss at Warsaw Central, but this is one of the  Gateways To London™, isn&apos;t it? No BriTGV, no Britkansen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Comparison between London&apos;s financial district and the one in NYC definitely depends on small details of specific situation. When just sitting in the office doing my best to look like someone working hard, Big Apple had a much nicer view. Grayish brick walls all around are definitely less cheerful than the port and waters separating Manhattan from Brooklyn and Staten Island. But when I go out, even the well-bottom of Devonshire Square, with its dirty glass roof and the Big Cucumber dimly visible through it, is a very nice place , compared to northern part of One New York Plaza&apos;s neighborhood with those sharp and cruelly glistening boxes everywhere, cutting off the light and barbarishly dwarfing much more shapely, but smaller, buildings of the Wall Street&apos;s Catering District.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;The Underground is much tidier and cleaner than the Subway. Speaking of which, I just couldn&apos;t skip an opportunity to have a footlong Subway with chicken teriyaki. As usual, the only difference to Subway-s in Letterkenny, New York and Warsaw was the baguette. Ok, the big one isn&apos;t called &quot;footlong&quot; in Warsaw. Just like a quarterpounder named MacRoyal :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;OMFGWTFBBQ!!11 Short and stammering as it is, but a note in English? Nope, I don&apos;t think it&apos;s gonna become any habit of mine. It&apos;s just that I really, really hate those tiny wee toys pretending to be keyboards for gnomes and I don&apos;t even have a decently sized screen here, so I decided to pen-write. And me ThinkPad has OCR only for English XP&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;BTW - &lt;a href=&quot;http://www.lolcatbible.com&quot;&gt;have you read your today&apos;s Scripture?&lt;/a&gt; Kthxbai.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*) I mean it&apos;s everywhere, in London too _^_</description>
  <comments>http://akseiya.livejournal.com/21034.html</comments>
  <category>i can has slepe naow</category>
  <category>howl at the moon</category>
  <category>london after midnight</category>
  <lj:music>Children of Bodom &quot;Kissing the Shadows&quot;</lj:music>
  <lj:mood>sleepy</lj:mood>
  <lj:security>public</lj:security>
</item>
<item>
  <guid isPermaLink='true'>http://akseiya.livejournal.com/20821.html</guid>
  <pubDate>Mon, 31 Mar 2008 22:08:42 GMT</pubDate>
  <title>Ajryś #18 - Od Cúchulainna do Berena.</title>
  <link>http://akseiya.livejournal.com/20821.html</link>
  <description>Jakie to błogie, gdy człowiek zatrzymuje się na etapie stwierdzenia, że coś jest interesujące, po czym swoje zainteresowanie zaspokaja 10 lat później...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name=&quot;cutid1&quot;&gt;&lt;/a&gt;&quot;Cúchulainn był to sławny irlandzki wojownik, który polował na walenie wyrzucone na brzeg oceanu&quot;. Szybka i wiele mówiąca hipoteza Łasia wystarczyła mi na co najmniej dwa lata, jeśli nie więcej (na koniec okazało się, że napisano, jak najbardziej, wiersz o walce Cúchulainna z morzem). Potem - wzmianka o ulokowaniu w Ulsterze, roli w walkach między irlandzkimi państewkami i cokolwiek makabrycznym trybie berserk. BTW jak się chłopak naprawdę wściekł i wracał Na Kurwie™ (tej od Cofania Się Dwa Metry) do domu, to się Ulsterczycy wystraszyli, że im zrobi kęsim, i wysłali mu naprzeciw swoje kobiety, które mu Pokazały Cycki; najwyraźniej kiepskiej jakości, bo Ogar Culainna na ten widok zawrócił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero tu, na miejscu, przy okazji przeglądania różnych tradycyjnogaelickich imion, wróciłem do legendy. Może sprzyjają temu okoliczności geograficzne, bo jeśli chodzi o prownicje historyczne, to Donegal (Dún na nGall) należy do Ulsteru. A nie należy do Irlandii Północnej, bo w czasie, gdy się Gaelowie wybijali na niepodległość, Donegal był jednym z trzech kłopotliwych ulsterskich hrabstw, gdzie żadne terytorialne akrobacje nie były w stanie doprowadzić do sytuacji, żeby w prawie każdej &apos;gminie&apos; katolicy stanowili mniejszość niezdolną do przeforsowania swoich poglądów. Po prostu katolików (a w tym czasie między katolicyzmem a irlandzkością, zwłaszcza narodową i separatystyczną, stawiano znak nawet nie równości, a tożsamości) było tu za dużo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Irlandzki rozłam znajduje przedziwny wyraz w postaci Cúchulainna, czy raczej poglądom na tę postać. Bo niebagatelne znaczenie ma dla obu stron wyspy. W parku pamięci w Dublinie stoi posąg Ulsterskiego Psa, w chwili śmierci. Pomnik postawiono w hołdzie uczestnikom Powstania Wielkanocnego (1916, vide &quot;Zombie&quot;). Dla Irlandczyków Cúchulainn, jako najszerzej opisany i najbardziej znany bohater celtyckiej Irlandii, jest oczywistym symbolem narodowym, jednym z ważnych symboli celtyckich korzeni i tożsamości odrębnej od anglosaskiej. Zarazem, dla co bardziej krewkich ulsterskich unionistów, jest on oczywistym symbolem odrębnej tożsamości Północy, jako dzielny bohater broniący Ulsteru przed najazdami Irlandczyków. Oczywiście Ogar był Celtem, więc zaiste Irlandczykiem a swojego syna posadził na tronie króla królów Irlandii (High King of Ireland). Najeżdżający Irlandczycy to był głównie Connacht pod berłem królowej Maedhbh (czyt. Mejw, skojarzenie z Sapkiem absolutnie prawidłowe), cztery prowincje wyspy zawsze ze sobą konkurowały tak zacięcie, że fakt pochodzenia króla królów z jednej prowincji znacząco obniżał respekt jaki miał w innych, a w końcu Connacht był ćwiartką Irlandii pozostawioną swego czasu przez Tuatha Dé Danann dla Fir Bolgów celem okazania szacunku ich dzielności i wytrwałości (a więc już u samych korzeni Cykl Ulsterski odwołuje się do nazwy prowincji odrębnej i odmiennej, podobnie jak sam Ulster). Jakby dla głębszego potwierdzenia, że unionistom te szczegóły nie bałdzo przeszkadzają, graffy przedstawiające Cuchulainna w Ulsterze są bardzo mocno wzorowane na dublińskiej rzeźbie.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobry, moim zdaniem, przykład artystycznego wykwitu na żyznej glebie wizji oblężonej twierdzy nawożonej całkiem słusznym poczuciem winy i obcości (bo nie sądzę, żeby dowolna ilość i jakość lojalności względem korony Albionu zdołała stłumić choćby bardzo podświadomie odbierany fakt identyfikowania się z najeźdźcą na obcej ziemi). Wizji o tyle zagrożonej, że gdy zarówno Irlandia jak Brytania należą do Zjednoczonej Europy, ulsterska izolacja staje się cokolwiek niepoważna. Zwłaszcza, że europejską szansę ewidentnie gorzej wykorzystano na północy niż na południu - przez co jeden z ważniejszych elementów irlandzkiej dwoistości, nierówny status materialny, cokolwiek się przedawnił a nawet w pewnym stopniu odwrócił.  Oczywiście najgorzej na tych pokręconych przemianach wyszły obszary w rodzaju Donegalu - z jednej strony hrabstwo w składzie Republiki Irlandzkiej, z drugiej strony tylko wąskim paskiem terenu połączone z resztą kraju, z ludnością mówiącą odrębnym, trudnym akcentem. &quot;It&apos;s easy to forget about us&quot;, mówią miejscowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie wygląda na to, że te różnice i nierówności zapewne załagodzi Unia, która już wprowadziła na tyle jednolite i wspólne przepisy po obu stronach granicy, że od kilku lat w mojej fabryce można wreszcie zdalnie pracować z Derry (BWT dla bardzo irlandzkich Irlandczyków to jest Dóire, dla Ulstersów to Londonderry), a fakt, że mój autobus w drodze z Dąblina do Letterkenny przejeżdża przez terytorium Wielkiej Brytanii, poznaję głównie po dziwnych zmianach odległości na tablicach przy drodze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, jak to w przypadku ikon narodowych bywa, doczekał się Cúchulainn (wraz z pomnikiem) krytyki, ironii i jawnych prowokacji ze strony ętelektułalystów. Również tych co sławniejszych, n